Hmm... Chyba szkoda mi ludzi. Ludzi, którzy kochają. Ale niestety nieszczęśliwie i niepoprawnie. Szkoda, że tacy ludzie nie mogą być szczęśliwi skoro chcą. Chcieć to móc ? Nie dla nich. Kochać kogoś kogo to nie obchodzi... Hmm... No więc ? Co taki człowiek ma z tym zrobić ? Nie kochać ? Zbyt łatwe do napisania, zbyt trudne do zrozumienia. Zbyt trudne do wykonania...
Wiecie co ? Są na tym świecie ludzie, którzy ranią tym, że są. A nie powinno ich być. Tak byłoby łatwiej. Albo nie. Oni też są potrzebni. Każdy człowiek jest potrzebny. To uczucia są niepotrzebne. Niechciane. Znaczy głównie przeze mnie, bo jestem człowiekiem nieszczęśliwym więc aby poprawić sobie nastrój lubię wyżywać się na uczuciach. Twierdzę wtedy, że ich nienawidzę a przecież nienawiść to też uczucie. I to bardzo głębokie. No i nienawiść to siostra miłości. Jedna nie może istnieć bez drugiej. Bo się uzupełniają... W każdym bądź razie w takich chwilach jak ta, wolałbym być jednak pozbawiony tych uczuć. Pozbawiony czegokolwiek. Wtedy łatwiej jest człowiekowi pogodzić się z losem. A głównym naszym celem w życiu jest pogodzenie się z nim. Nie ważne czy jesteś szczęśliwy czy nie. Jeśli już to zaakceptujesz... Jeśli zaakceptujesz to wszystko co dzieję się w twoim życiu, bez względu na to CO się dzieję to wtedy łatwiej jest umierać.
Czasem tak łatwo zranić człowieka, prawda ? Przechodząc koło niego bez słowa, mówiąc w żartach coś co druga osoba weźmie na poważnie, wyśmiewając uczucia innych...
Chyba najgorsze jest to uczucie wypalające ci klatkę piersiową od środka. Już wiem co to za uczucie. Nazywa się je potocznie rozczarowaniem. A jeśli ci na kimś zależy to... Hmm... Rozczarowanie zmienia się w zranienie. A ono boli. Wchodzi do środka i niszczy wszystko od wewnątrz. Jeśli wszystko wypali, to co pozostaje ? Pustka ?
Ja pierdole. Chcę być po prostu potrzebny !
Czemu wszyscy słuchają ale nikt nie słyszy ?
Czemu wszyscy słuchają ale nikogo nie obchodzi ?
Czemu nikt nie widzi cierpienia ?
Myślę, że ludzie zaczynają rozumieć dopiero wtedy, gdy zobaczą nazwisko swojego "przyjaciela" (Który nigdy nic dla nich nie znaczył) na klepsydrze powieszonej na pobliskim słupie...
Wtedy wszyscy słuchają... Wszyscy płaczą... Ale nikt nie rozumie... Nie potrafimy rozumieć ludzi za życia. Po śmierci wydaję nam się, że rozumiemy. To nie prawda.
Chciałem być potrzebny. Już nie chcę...
Wiecie co ? Są na tym świecie ludzie, którzy ranią tym, że są. A nie powinno ich być. Tak byłoby łatwiej. Albo nie. Oni też są potrzebni. Każdy człowiek jest potrzebny. To uczucia są niepotrzebne. Niechciane. Znaczy głównie przeze mnie, bo jestem człowiekiem nieszczęśliwym więc aby poprawić sobie nastrój lubię wyżywać się na uczuciach. Twierdzę wtedy, że ich nienawidzę a przecież nienawiść to też uczucie. I to bardzo głębokie. No i nienawiść to siostra miłości. Jedna nie może istnieć bez drugiej. Bo się uzupełniają... W każdym bądź razie w takich chwilach jak ta, wolałbym być jednak pozbawiony tych uczuć. Pozbawiony czegokolwiek. Wtedy łatwiej jest człowiekowi pogodzić się z losem. A głównym naszym celem w życiu jest pogodzenie się z nim. Nie ważne czy jesteś szczęśliwy czy nie. Jeśli już to zaakceptujesz... Jeśli zaakceptujesz to wszystko co dzieję się w twoim życiu, bez względu na to CO się dzieję to wtedy łatwiej jest umierać.
Czasem tak łatwo zranić człowieka, prawda ? Przechodząc koło niego bez słowa, mówiąc w żartach coś co druga osoba weźmie na poważnie, wyśmiewając uczucia innych...
Chyba najgorsze jest to uczucie wypalające ci klatkę piersiową od środka. Już wiem co to za uczucie. Nazywa się je potocznie rozczarowaniem. A jeśli ci na kimś zależy to... Hmm... Rozczarowanie zmienia się w zranienie. A ono boli. Wchodzi do środka i niszczy wszystko od wewnątrz. Jeśli wszystko wypali, to co pozostaje ? Pustka ?
Ja pierdole. Chcę być po prostu potrzebny !
Czemu wszyscy słuchają ale nikt nie słyszy ?
Czemu wszyscy słuchają ale nikogo nie obchodzi ?
Czemu nikt nie widzi cierpienia ?
Myślę, że ludzie zaczynają rozumieć dopiero wtedy, gdy zobaczą nazwisko swojego "przyjaciela" (Który nigdy nic dla nich nie znaczył) na klepsydrze powieszonej na pobliskim słupie...
Wtedy wszyscy słuchają... Wszyscy płaczą... Ale nikt nie rozumie... Nie potrafimy rozumieć ludzi za życia. Po śmierci wydaję nam się, że rozumiemy. To nie prawda.
Chciałem być potrzebny. Już nie chcę...
Tagi:
Nobody
04.05.2012 o godz. 22:50
komentuj (3)
Dlaczego wy, kobiety, jesteście tak skomplikowane ?
Czemu nie możecie powiedzieć wprost ?
Czemu ?
Czemu nie możecie powiedzieć wprost ?
Czemu ?
Tagi:
Nobody
Rok 2012 już od dosyć długiego czasu widnieje w naszych kalendarzach. No i nie tylko naszych. Majowie mieli tą datę zapisaną już tysiące lat temu. Tyle, że różnica między nami jest taka, że my dopisane obok roku mamy: Wtorek, 23 Styczeń a oni: "Wtedy czas już nie istnieje". Tak zgadliście zamierzam poruszyć temat, który wielu rozbawia do łez ale też u wielu powoduje zawały serca. Nie ma się co dziwić, skoro media manipulują nami (A właściwie naszym strachem) jak chcą. Przyznajcie sami, jak wiele teorii o końcu (naszego) świata lub naszej cywilizacji słyszeliście ? No właśnie ja też dosyć sporo. Podsumujmy więc może najbardziej znane teorie.
1. Apokalipsa św. Jana.
Jedna z najbardziej znanych i "obadanych" teorii końca świata. Nie zagłębiając się w symbolikę koniec świata wygląda jak istny chaos. Pewnego dnia ni z tego ni z owego Anioły zaczną trąbić a będzie to trąbienie, które rozlegać się będzie na całym świecie identycznie. Następnie odwiedzą nas 4 przemiłe istoty z piekła rodem, które postanowią wyrżnąć całą ludzkość, zostawiając tylko szczerze i prawdziwie oddanych Bogu ludzi. Wniosek z tego jest taki, że jak na ziemi zostanie setka ludzi, to będzie dobrze. Wybaczcie ale żyjemy w takich czasach, że każdy ma coś na sumieniu a podobno ta fantastyczna czwórka zostawi tylko istoty czyste niczym Jezus Chrystus. Brzmi to niewiarygodnie ? Niekoniecznie.
Według tej ewangelii nim dojdzie do biblijnego końca świata na ziemi pojawi się szereg znaków, które mają ostrzec nas przed tym abyśmy nawrócili się na drogę prawdy i religii. Nad symboliką tychże znaków niejeden naukowiec i znawca literatury połamał sobie mózg. Piotr pisał, że jednym ze "znaków" będzie to, że nastaną czasy kiedy ludzie otwarcie będą śmiali się z religii oraz z samych oznak apokalipsy. Czyżby te czasy już nadeszły ? Chyba tak, bo kolejna wzmianka mówi na przykład o tym, że dzień sądu nadejdzie wtedy kiedy ludzkość toczyła będzie niemoralne wojny między sobą, nad ludźmi zapanuje strach a i sam człowiek zbyt mocno będzie chciał upodobnić się do Boga (rozwój techniki, medycyny itd.). Ostatecznym znakiem ma być podobno to, że nastaną "dni Noego" czyli ludzkość osiągnie tak wysoki stan niemoralności jak podczas pierwszego potopu. No cóż, według mnie te dni już dawno nastały. Natomiast w samej Apokalipsie dopatrywać możemy się końca świata, który niewiele będzie miał wspólnego z epicką batalią pomiędzy armią Boga a Lucusia. Mamy w niej wzmiankę np. o otwarciu studni z której wydostanie się taka ilość pyłu, że zaćmi ona i słońce i księżyc. Więc co ? Jakieś niemiłe zderzenie pierwszego stopnia z jakimś innym obiektem w galaktyce ? Bardzo prawdopodobne. Jednak chwile później Jan piszę o ogromnych kataklizmach które nawiedzą ziemie. Czyżby zderzenie z asteroidą nie wystarczyło aby zlikwidować niewiernych ? Raczej nie, bo dobić muszą nas również ogromne trąby powietrzne, trzęsienia ziemi oraz różne inne pokrzepiające zjawiska jak np. niekończony się grad i deszcz. Wizja ta kończy się tym, że tuż po tej całej imprezie powstanie nowy wspaniały świat na którym wszyscy będą żyli wiecznie i szczęśliwie. Hollywood'zki Happy End. Oczywiście żadna data podana być nie może, bo przecież "nie znacie ani dnia ani godziny".
2. Przebiegunowanie.
Tutaj sprawa jest o tyle ciekawa, że chyba nawet sami naukowcy nie wiedzą czy chodzi im o przebiegunowanie magnetyczne czy geograficzne. Raz można usłyszeć o tym pierwszy a raz o drugim. Ciężko się połapać. Czym one się różnią ? Ano tym, że Ziemia bieguny magnetyczne zmienia bardzo często i wcale nie wywołuje to huków, błysków i trzasków na ziemi. Zaburza to tylko (albo aż) prace naszego ciała. Zaznajemy na przemian depresji i uniesień. Nasza planeta już od dawna przygotowuje się do takiej zmiany i może do niej wkrótce dojść aczkolwiek nie zagraża to naszej cywilizacji (Może spowodować to problemy z działaniem naszych cudów techniki jak np. telefony komórkowe). Chociaż niektórzy naukowcy twierdzą, że osłabi to zdolność stratosfery do zatrzymywania szkodliwego promieniowania ze słońca a to może mieć już większe i gorsze skutki. Jednakże ogólnie powinniśmy to przeżyć, bo nasi przodkowie (mam na myśli małpy i późniejsze jej (nasze ?) odmiany) przeżyli kilka takich "tragedii".
Sprawa ma się gorzej z przemieszczeniem biegunów geograficznych. Jeśli doszłoby do tego to najpewniej kontynenty zmiażdżyłyby się jak puszka po Coli a woda hulałaby sobie po całej ziemi jakby się jej żywnie podobało. Ta teoria jest o tyle śmieszna, że wielu ludzi wierzy w to, iż przebiegunowanie takie trwałoby kilka minut, maksymalnie kilka godzin. Nie wiem, ja nie wyobrażam sobie takiej kompresji naszych kontynentów w ciągu np. 5 minut. Oczywiście tutaj nie możemy już raczej liczyć na życie wieczne, bo pewnie skompresowani zostaniemy razem z kontynentami. Jeśli ta teoria się sprawdzi, to radzę zacząć się żegnać ze światem, bo potem możemy nie mieć już czasu. No wiecie, skoro pozostanie nam tylko 5 minut życia od startu zmiany biegunów, to raczej nie zostanie nam zbyt wiele czasu na wylewanie gorzkich łez i takich tam wesołych pożegnań.
3. 15 Sierpień 2010.
Wszyscy pamiętamy ten dramatyczny dzień kiedy to po raz kolejny umarliśmy w męczarniach podczas dnia sądu. Tak to właśnie wtedy po raz pierwszy od bardzo dawna w Niedziele wypadło święto Matki Boskiej Zielnej. Totalna zagłada, śmierć i pożoga. Do dziś pamiętam te straszne burze i trzęsienia ziemi. Jak to dobrze, że posłuchaliśmy tych niemylących się jasnowidzów. Gdyby nie oni, to pewnie byśmy zmarli. Tak, 15 Sierpień 2010 - kolejna data końca świata, którą przeżyliśmy. A to podobno nie ma ludzi nieśmiertelnych.
4. Planeta X/Nibiru
Kilkadziesiąt lat wstecz NASA ogłosiła, że zmierza w naszym kierunku Planeta o masie czterokrotnie większej od naszej ziemi. W Grudniu 2012 roku ma ona minąć ziemie.
Dokładnie, minąć. Więc o co tyle krzyku ? Ano o to, że ma ona kilka asów w rękawie. Jak na przykład kilka zbytecznych księżyców które może wypożyczyć ziemi. Niestety kilka z nich może nie wyhamować i z impetem przyrżnąć w sam środek Pacyfiku. A to oznacza oczywiście znowu to samo: Tsunami, Trzęsienia ziemi, wielki pył na ziemi, epoka lodowcowa wersja 2.0 itd. Czyli norma.
Drugim jej asem jest jej masa. Starożytni Sumerowie opisywali (Jakieś 6 000 lat temu) tą planetę jako matkę naszej ziemi. Nibiru pewnego dnia uderzyła w inną planetę naszego układu (pozostał po niej tylko pas asteroid) i oderwał się z niej potężny kawał "czegoś" co uformowało ziemie. A że Nibiru była zamieszkana przez inteligentne istoty to życie na ziemi mogło zacząć się bardzo szybko rozwijać bo sama ziemia miała w sobie cząstki DNA czy czegoś tam z planety matki. Pewnego dnia mieszkańcy Planet X przylecieli na ziemie, porwali parę małp, zmodyfikowali i tak powstał człowiek. Następnie wrócili, odstawili ludzi do domu ale powiedzieli, że kiedyś wrócą i skopią nam tyłki. No a to prowadzi do kolejnych fajerwerków na ziemi. Nie, nie zmyśliłem sobie tego. Naprawdę są na świecie ludzie którzy w to wierzą ;)
A pro po zwolenników, to wierzą oni, że planeta ta pojawia się tuż koło ziemi dokładnie co 3600 lat. No i tylko to się zgadza, bo GDYBY ona istniała i GDYBY naprawdę pojawiała się tutaj co 3600 lat, to znaleźlibyśmy rozwiązanie problemu przyczyn plag Egipskich, które oczywiście naprawdę się zdarzyły. X jest 4x większa "od nas" więc bardzo silnie oddziaływałaby na "nas". Co prowadziło by do zaburzeń grawitacji i innych nie znanych mi zupełnie procesów. Warto też zauważyć, że ok. 7200 lat temu miejsce miał biblijny potop. No a skoro pomnożymy 3600 przez 2...
W każdym bądź razie Nibiru ma zawitać do nas w 2012 tylko, że... Mamy rok 2012 a jej nawet przez teleskopy nie widać. Czyżby korki na mieście ? A może po prostu coś jej wypadło i musiała zostać dłużej w pracy ale na pewno wpadnie jak tylko skończy ?
No i tym chyba powinienem skończyć bo moja notka już i tak się bardzo rozpanoszyła i zajmuje sporo miejsca. Jeśli dotarłaś/dotarłeś aż tutaj, to gratuluje ci wytrwałości i dziękuję, że chciało ci się męczyć oczy. Oczywiście można byłoby wspomnieć również o roku 2000 czy przepowiedni Nostradamusa lub Siostry Faustyny ale po co ?
Oczywiście żaden przytoczony tutaj przykład nie jest oparty na mocnych faktach. Opisałem tylko najsmakowitsze kąski (najsmakowitsze dla najwykwintniejszych "katastrofologów"). O prawie żadnym z nich nie mam jakiegoś większego naukowego pojęcia. Wiem tylko to, co udało mi się usłyszeć w mediach lub przeczytać w internecie. Więc mam nadzieje, że żaden "katastrofolog" nie będzie mnie tutaj prostował i uświadamiał, bo nie o to mi chodziło. Chodzi mi o to, że od bardzo dawna koniec świata bawi się nami jak chcę. Prawie codziennie dowiadujemy się o nowych, coraz bardziej drastycznych końcach naszych dni. Pojawia się coraz więcej jasnowidzów, którzy przewidują wiele rzeczy ale jednak żadna z nich się nie sprawdza. Jestem pewny, że koniec ten w końcu nadejdzie. A może inaczej; on przecież już nadchodzi. Nasza planeta umiera czy tego chcemy czy nie. Umiera przez nas i jeśli czegoś nie zrobimy, to zginiemy razem z nią na swoje własne życzenie. Jest to śmierć trochę mniej efektowna niż potężna impreza z Bogiem i Lucyferem na czele ale jednak śmierć. Nasza. Przez nas. Dziękuję, dobranoc.
See Ya !
1. Apokalipsa św. Jana.
Jedna z najbardziej znanych i "obadanych" teorii końca świata. Nie zagłębiając się w symbolikę koniec świata wygląda jak istny chaos. Pewnego dnia ni z tego ni z owego Anioły zaczną trąbić a będzie to trąbienie, które rozlegać się będzie na całym świecie identycznie. Następnie odwiedzą nas 4 przemiłe istoty z piekła rodem, które postanowią wyrżnąć całą ludzkość, zostawiając tylko szczerze i prawdziwie oddanych Bogu ludzi. Wniosek z tego jest taki, że jak na ziemi zostanie setka ludzi, to będzie dobrze. Wybaczcie ale żyjemy w takich czasach, że każdy ma coś na sumieniu a podobno ta fantastyczna czwórka zostawi tylko istoty czyste niczym Jezus Chrystus. Brzmi to niewiarygodnie ? Niekoniecznie.
Według tej ewangelii nim dojdzie do biblijnego końca świata na ziemi pojawi się szereg znaków, które mają ostrzec nas przed tym abyśmy nawrócili się na drogę prawdy i religii. Nad symboliką tychże znaków niejeden naukowiec i znawca literatury połamał sobie mózg. Piotr pisał, że jednym ze "znaków" będzie to, że nastaną czasy kiedy ludzie otwarcie będą śmiali się z religii oraz z samych oznak apokalipsy. Czyżby te czasy już nadeszły ? Chyba tak, bo kolejna wzmianka mówi na przykład o tym, że dzień sądu nadejdzie wtedy kiedy ludzkość toczyła będzie niemoralne wojny między sobą, nad ludźmi zapanuje strach a i sam człowiek zbyt mocno będzie chciał upodobnić się do Boga (rozwój techniki, medycyny itd.). Ostatecznym znakiem ma być podobno to, że nastaną "dni Noego" czyli ludzkość osiągnie tak wysoki stan niemoralności jak podczas pierwszego potopu. No cóż, według mnie te dni już dawno nastały. Natomiast w samej Apokalipsie dopatrywać możemy się końca świata, który niewiele będzie miał wspólnego z epicką batalią pomiędzy armią Boga a Lucusia. Mamy w niej wzmiankę np. o otwarciu studni z której wydostanie się taka ilość pyłu, że zaćmi ona i słońce i księżyc. Więc co ? Jakieś niemiłe zderzenie pierwszego stopnia z jakimś innym obiektem w galaktyce ? Bardzo prawdopodobne. Jednak chwile później Jan piszę o ogromnych kataklizmach które nawiedzą ziemie. Czyżby zderzenie z asteroidą nie wystarczyło aby zlikwidować niewiernych ? Raczej nie, bo dobić muszą nas również ogromne trąby powietrzne, trzęsienia ziemi oraz różne inne pokrzepiające zjawiska jak np. niekończony się grad i deszcz. Wizja ta kończy się tym, że tuż po tej całej imprezie powstanie nowy wspaniały świat na którym wszyscy będą żyli wiecznie i szczęśliwie. Hollywood'zki Happy End. Oczywiście żadna data podana być nie może, bo przecież "nie znacie ani dnia ani godziny".
2. Przebiegunowanie.
Tutaj sprawa jest o tyle ciekawa, że chyba nawet sami naukowcy nie wiedzą czy chodzi im o przebiegunowanie magnetyczne czy geograficzne. Raz można usłyszeć o tym pierwszy a raz o drugim. Ciężko się połapać. Czym one się różnią ? Ano tym, że Ziemia bieguny magnetyczne zmienia bardzo często i wcale nie wywołuje to huków, błysków i trzasków na ziemi. Zaburza to tylko (albo aż) prace naszego ciała. Zaznajemy na przemian depresji i uniesień. Nasza planeta już od dawna przygotowuje się do takiej zmiany i może do niej wkrótce dojść aczkolwiek nie zagraża to naszej cywilizacji (Może spowodować to problemy z działaniem naszych cudów techniki jak np. telefony komórkowe). Chociaż niektórzy naukowcy twierdzą, że osłabi to zdolność stratosfery do zatrzymywania szkodliwego promieniowania ze słońca a to może mieć już większe i gorsze skutki. Jednakże ogólnie powinniśmy to przeżyć, bo nasi przodkowie (mam na myśli małpy i późniejsze jej (nasze ?) odmiany) przeżyli kilka takich "tragedii".
Sprawa ma się gorzej z przemieszczeniem biegunów geograficznych. Jeśli doszłoby do tego to najpewniej kontynenty zmiażdżyłyby się jak puszka po Coli a woda hulałaby sobie po całej ziemi jakby się jej żywnie podobało. Ta teoria jest o tyle śmieszna, że wielu ludzi wierzy w to, iż przebiegunowanie takie trwałoby kilka minut, maksymalnie kilka godzin. Nie wiem, ja nie wyobrażam sobie takiej kompresji naszych kontynentów w ciągu np. 5 minut. Oczywiście tutaj nie możemy już raczej liczyć na życie wieczne, bo pewnie skompresowani zostaniemy razem z kontynentami. Jeśli ta teoria się sprawdzi, to radzę zacząć się żegnać ze światem, bo potem możemy nie mieć już czasu. No wiecie, skoro pozostanie nam tylko 5 minut życia od startu zmiany biegunów, to raczej nie zostanie nam zbyt wiele czasu na wylewanie gorzkich łez i takich tam wesołych pożegnań.
3. 15 Sierpień 2010.
Wszyscy pamiętamy ten dramatyczny dzień kiedy to po raz kolejny umarliśmy w męczarniach podczas dnia sądu. Tak to właśnie wtedy po raz pierwszy od bardzo dawna w Niedziele wypadło święto Matki Boskiej Zielnej. Totalna zagłada, śmierć i pożoga. Do dziś pamiętam te straszne burze i trzęsienia ziemi. Jak to dobrze, że posłuchaliśmy tych niemylących się jasnowidzów. Gdyby nie oni, to pewnie byśmy zmarli. Tak, 15 Sierpień 2010 - kolejna data końca świata, którą przeżyliśmy. A to podobno nie ma ludzi nieśmiertelnych.
4. Planeta X/Nibiru
Kilkadziesiąt lat wstecz NASA ogłosiła, że zmierza w naszym kierunku Planeta o masie czterokrotnie większej od naszej ziemi. W Grudniu 2012 roku ma ona minąć ziemie.
Dokładnie, minąć. Więc o co tyle krzyku ? Ano o to, że ma ona kilka asów w rękawie. Jak na przykład kilka zbytecznych księżyców które może wypożyczyć ziemi. Niestety kilka z nich może nie wyhamować i z impetem przyrżnąć w sam środek Pacyfiku. A to oznacza oczywiście znowu to samo: Tsunami, Trzęsienia ziemi, wielki pył na ziemi, epoka lodowcowa wersja 2.0 itd. Czyli norma.
Drugim jej asem jest jej masa. Starożytni Sumerowie opisywali (Jakieś 6 000 lat temu) tą planetę jako matkę naszej ziemi. Nibiru pewnego dnia uderzyła w inną planetę naszego układu (pozostał po niej tylko pas asteroid) i oderwał się z niej potężny kawał "czegoś" co uformowało ziemie. A że Nibiru była zamieszkana przez inteligentne istoty to życie na ziemi mogło zacząć się bardzo szybko rozwijać bo sama ziemia miała w sobie cząstki DNA czy czegoś tam z planety matki. Pewnego dnia mieszkańcy Planet X przylecieli na ziemie, porwali parę małp, zmodyfikowali i tak powstał człowiek. Następnie wrócili, odstawili ludzi do domu ale powiedzieli, że kiedyś wrócą i skopią nam tyłki. No a to prowadzi do kolejnych fajerwerków na ziemi. Nie, nie zmyśliłem sobie tego. Naprawdę są na świecie ludzie którzy w to wierzą ;)
A pro po zwolenników, to wierzą oni, że planeta ta pojawia się tuż koło ziemi dokładnie co 3600 lat. No i tylko to się zgadza, bo GDYBY ona istniała i GDYBY naprawdę pojawiała się tutaj co 3600 lat, to znaleźlibyśmy rozwiązanie problemu przyczyn plag Egipskich, które oczywiście naprawdę się zdarzyły. X jest 4x większa "od nas" więc bardzo silnie oddziaływałaby na "nas". Co prowadziło by do zaburzeń grawitacji i innych nie znanych mi zupełnie procesów. Warto też zauważyć, że ok. 7200 lat temu miejsce miał biblijny potop. No a skoro pomnożymy 3600 przez 2...
W każdym bądź razie Nibiru ma zawitać do nas w 2012 tylko, że... Mamy rok 2012 a jej nawet przez teleskopy nie widać. Czyżby korki na mieście ? A może po prostu coś jej wypadło i musiała zostać dłużej w pracy ale na pewno wpadnie jak tylko skończy ?
No i tym chyba powinienem skończyć bo moja notka już i tak się bardzo rozpanoszyła i zajmuje sporo miejsca. Jeśli dotarłaś/dotarłeś aż tutaj, to gratuluje ci wytrwałości i dziękuję, że chciało ci się męczyć oczy. Oczywiście można byłoby wspomnieć również o roku 2000 czy przepowiedni Nostradamusa lub Siostry Faustyny ale po co ?
Oczywiście żaden przytoczony tutaj przykład nie jest oparty na mocnych faktach. Opisałem tylko najsmakowitsze kąski (najsmakowitsze dla najwykwintniejszych "katastrofologów"). O prawie żadnym z nich nie mam jakiegoś większego naukowego pojęcia. Wiem tylko to, co udało mi się usłyszeć w mediach lub przeczytać w internecie. Więc mam nadzieje, że żaden "katastrofolog" nie będzie mnie tutaj prostował i uświadamiał, bo nie o to mi chodziło. Chodzi mi o to, że od bardzo dawna koniec świata bawi się nami jak chcę. Prawie codziennie dowiadujemy się o nowych, coraz bardziej drastycznych końcach naszych dni. Pojawia się coraz więcej jasnowidzów, którzy przewidują wiele rzeczy ale jednak żadna z nich się nie sprawdza. Jestem pewny, że koniec ten w końcu nadejdzie. A może inaczej; on przecież już nadchodzi. Nasza planeta umiera czy tego chcemy czy nie. Umiera przez nas i jeśli czegoś nie zrobimy, to zginiemy razem z nią na swoje własne życzenie. Jest to śmierć trochę mniej efektowna niż potężna impreza z Bogiem i Lucyferem na czele ale jednak śmierć. Nasza. Przez nas. Dziękuję, dobranoc.
See Ya !
Tagi:
Nobody
Tik tak, Tik tak, Tik tak... Zbliżają się wakacje. Z jednej strony czas wolności i swobody a z drugiej czas samotności i rozczarowań. Tik tak, Tik tak, Tik tak... Coraz bliżej kolejne samotne zachody słońca. Kolejne samotne migotania gwiazd na bezchmurnym niebie. Czas na kolejne okłamywanie się, że wszystko będzie w porządku...
Spod drzew patrzymy w niebo.
Mylimy gwiazdy z satelitami.
Nigdy nie marzyłem, byś była moja.
Ale jesteśmy tutaj, jesteśmy tutaj w dzisiejszą noc.
Śpiewam "Amen, jestem pełen życia".
Śpiewam "Amen, jestem pełen życia".
Gdyby każdy troszczyłby się i nikt nie płakał.
Gdyby każdy kochał i nikt nie kłamał.
Gdyby każdy się dzielił i przełknął własną dumę.
Widzielibyśmy dzień, w którym nikt by nie umarł.
I śpiewam
Amen, Amen, jestem pełen życia.
Amen, Amen, Amen ja, jestem pełen życia.
I w powietrzu robaczki świętojańskie
Nasze jedyne światło w raju.
Możemy pokazać światu, że oni byli w błędzie.
I nauczyć ich śpiewać przez cały czas.
Śpiewam "Amen, jestem pełen życia, jestem pełen życia".
Śpiewam "Amen, jestem pełen życia".
Gdyby każdy troszczyłby się i nikt nie płakał.
Gdyby każdy kochał i nikt nie kłamał.
Gdyby każdy się dzielił i przełknął własną dumę.
Widzielibyśmy dzień, w którym nikt by nie umarł.
Leżąc pod gwiazdami
Uświadamiamy sobie jacy jesteśmy mali.
Gdyby oni potrafili kochać jak Ty i ja
Wyobraź sobie jaki mógłby być świat.
Gdyby każdy troszczyłby się i nikt nie płakał.
Gdyby każdy kochał i nikt nie kłamał.
Gdyby każdy się dzielił i przełknął własną dumę.
Widzielibyśmy dzień, w którym nikt by nie umarł.
Widzielibyśmy dzień, widzielibyśmy dzień
W którym nikt by nie umarł
Widzielibyśmy dzień, widzielibyśmy dzień
W którym nikt by nie umarł
Widzielibyśmy dzień, w którym nikt ...
See Ya !
Spod drzew patrzymy w niebo.
Mylimy gwiazdy z satelitami.
Nigdy nie marzyłem, byś była moja.
Ale jesteśmy tutaj, jesteśmy tutaj w dzisiejszą noc.
Śpiewam "Amen, jestem pełen życia".
Śpiewam "Amen, jestem pełen życia".
Gdyby każdy troszczyłby się i nikt nie płakał.
Gdyby każdy kochał i nikt nie kłamał.
Gdyby każdy się dzielił i przełknął własną dumę.
Widzielibyśmy dzień, w którym nikt by nie umarł.
I śpiewam
Amen, Amen, jestem pełen życia.
Amen, Amen, Amen ja, jestem pełen życia.
I w powietrzu robaczki świętojańskie
Nasze jedyne światło w raju.
Możemy pokazać światu, że oni byli w błędzie.
I nauczyć ich śpiewać przez cały czas.
Śpiewam "Amen, jestem pełen życia, jestem pełen życia".
Śpiewam "Amen, jestem pełen życia".
Gdyby każdy troszczyłby się i nikt nie płakał.
Gdyby każdy kochał i nikt nie kłamał.
Gdyby każdy się dzielił i przełknął własną dumę.
Widzielibyśmy dzień, w którym nikt by nie umarł.
Leżąc pod gwiazdami
Uświadamiamy sobie jacy jesteśmy mali.
Gdyby oni potrafili kochać jak Ty i ja
Wyobraź sobie jaki mógłby być świat.
Gdyby każdy troszczyłby się i nikt nie płakał.
Gdyby każdy kochał i nikt nie kłamał.
Gdyby każdy się dzielił i przełknął własną dumę.
Widzielibyśmy dzień, w którym nikt by nie umarł.
Widzielibyśmy dzień, widzielibyśmy dzień
W którym nikt by nie umarł
Widzielibyśmy dzień, widzielibyśmy dzień
W którym nikt by nie umarł
Widzielibyśmy dzień, w którym nikt ...
See Ya !
Tagi:
Nobody
Opowiem wam dzisiaj śmieszną historie. Historie, która przydarzyła mi się w tym tygodniu. I w końcu - Historie, która na zawsze zmieniła mój pogląd na medycynę (w Polsce i w ogóle).
Nic nie wskazywało na to aby ubiegły tydzień miał być jakiś wyjątkowy. Poniedziałek był normalnym, zwykłym i denerwującym poniedziałkiem jakich wiele. Wtorek również nie był super wybitnie ciekawy. Jak to wtorek - coraz bliżej do piątku ;)
W każdym bądź razie środa już normalna nie była. Przez całą noc bolało mnie i ucho, i głowa jak i również cała szczęka. Rano jak to rano wstałem i nawet zbytnio nie wiedziałem gdzie jestem czyli normalny zwykły poranek. No prawie - Normalny gdyby nie to, że dalej bolała mnie cała prawa strona czaszki i twarzy no i... Straciłem słuch na prawe ucho. No dobra nie straciłem, bo coś tam słyszałem ale raczej więcej z wewnątrz organizmu (np. pulsująca w głowie krew; fajny dźwięk nawiasem mówiąc ;)) niż z zewnątrz. No cóż pomyślałem sobie, że pewnie do ucha dostała mi się woda i po prostu przytkała przewód słuchowy. No więc palec w ucho, żeby sprawdzić a tu co ? Ropa. A więc, nie było innego wyjścia jak wyjazd do lekarza pierwszego kontaktu. Tak też dotarłem do Ośrodka Zdrowia a tam co ? Kolejka jak stąd do Ameryki Południowej. Po upływie jakiejś godzinki (Sam byłem zdziwiony, że tak szybko to zeszło. Znaczy - szybko jak na Polską służbę zdrowia) wszedłem w końcu do gabinetu pełen nadziei, że dostanę antybiotyk, jakieś krople i tyle. Jednak nie. Lekarka mówi mi, że mam tak zawalone ucho, że boi się mi je płukać. A więc co ? Tak, macie racje - wycieczka do Laryngologa. Robiło się coraz ciekawiej. I tutaj zaczyna się ta naprawdę ciekawa część opowieści. Mama do mnie, że trzeba tam jechać bardzo wcześnie, bo ta kolejka u Lekarza pierwszego kontaktu, to może wydać mi się bardzo śmieszna w porównaniu do tej w przychodni. No więc rad nie rad trzeba było wstać o 6 rano aby tam się w ogóle dostać. Zajeżdżamy a tam przychodnia jeszcze zamknięta ale i tak wejścia już pękają w szwach. Po upływie jakiś 30 minut na dworze w oczekiwaniu na otworzenie przychodni w końcu dostałem się do rejestracji. Tam dostałem numerek 19 i miałem czekać aż przyjdzie moja kolej. Spojrzałem na tabliczkę tuż obok gabinetu laryngologicznego a tam co ? Lekarz przyjmuję od 8;30 do 10;30. Godzina była 7;00 więc półtorej godziny przesiedziałem patrząc się jak kolejka do tego gabinetu ciągle się zapełnia. Kiedy w końcu lekarz dotarł nie było już gdzie usiąść pod jego miejscem pracy. Po upływie kolejnych 2 godzin w końcu się dopchałem do tego pięknego pokoju pełnego dziwnych przyrządów tortur przeznaczonych do maltretowania uszu, gardła, nosa i czego tam jeszcze tylko dusza zapragnie. Po wytłumaczeniu służbie zdrowia co mi jest lekarz bezceremonialnie wepchnął spory... lejek do mojego biednego ucha, poświecił swoją latareczką i nakazał pielęgniarce przygotować sprzęt do płukania. Tak więc Pani Jadzia (Bo tak nazywała się pielęgniarka) przygotowała wieeeeeeelką strzykawkę (Na szczęście bez igły ;)) i dała ją Laryngologowi, który nawet nie patrząc w ucho wsadził końcówkę do tegoż przy okazji naciskając tłuczek do końca co poskutkowało dostaniem się fali tsunami do mojego przewodu słuchowego czy jak to się tam zwie. Poczułem się tak jakby nagle całe ciśnienie z czaszki wyleciało przez ucho ale w końcu odzyskałem słuch ! Lekarz jeszcze coś tam pomarudził, wypisał receptę i zwolnienie, no i wypuścił mnie w końcu na wolność. Statystyka całego tego zdarzenia wygląda tak, że nie było mnie w szkole 3 dni, nie słyszałem przez 2 dni, ucho bolało mnie przez 2 dni, 2-krotnie odwiedziłem przychodnie co nie zdarzyło mi się od badań do szkoły ponadgimnazjalnej czyli od jakiś 2 lat, spędziłem łącznie jakieś 4 godziny na czekaniu na lekarza, no i bilans z Czwartku wygląda tak, że z domu wyjechałem o 6;30 a wróciłem o 12. Najśmieszniejsze jest to, że ucho owszem już mnie nie boli ale znowu się zatyka... Ale powiedziałem sobie, że nawet jakbym miał stracić słuch, to już nigdy więcej nie skorzystam z pomocy NFZ'owskich lekarzy. Chyba lepiej już zapłacić te 50 złoty za wizytę prywatną niż sterczeć w kolejce pół życia.
Nigdy nie ufałem medycynie i już chyba nigdy nie zaufam ;)
See Ya !
Nic nie wskazywało na to aby ubiegły tydzień miał być jakiś wyjątkowy. Poniedziałek był normalnym, zwykłym i denerwującym poniedziałkiem jakich wiele. Wtorek również nie był super wybitnie ciekawy. Jak to wtorek - coraz bliżej do piątku ;)
W każdym bądź razie środa już normalna nie była. Przez całą noc bolało mnie i ucho, i głowa jak i również cała szczęka. Rano jak to rano wstałem i nawet zbytnio nie wiedziałem gdzie jestem czyli normalny zwykły poranek. No prawie - Normalny gdyby nie to, że dalej bolała mnie cała prawa strona czaszki i twarzy no i... Straciłem słuch na prawe ucho. No dobra nie straciłem, bo coś tam słyszałem ale raczej więcej z wewnątrz organizmu (np. pulsująca w głowie krew; fajny dźwięk nawiasem mówiąc ;)) niż z zewnątrz. No cóż pomyślałem sobie, że pewnie do ucha dostała mi się woda i po prostu przytkała przewód słuchowy. No więc palec w ucho, żeby sprawdzić a tu co ? Ropa. A więc, nie było innego wyjścia jak wyjazd do lekarza pierwszego kontaktu. Tak też dotarłem do Ośrodka Zdrowia a tam co ? Kolejka jak stąd do Ameryki Południowej. Po upływie jakiejś godzinki (Sam byłem zdziwiony, że tak szybko to zeszło. Znaczy - szybko jak na Polską służbę zdrowia) wszedłem w końcu do gabinetu pełen nadziei, że dostanę antybiotyk, jakieś krople i tyle. Jednak nie. Lekarka mówi mi, że mam tak zawalone ucho, że boi się mi je płukać. A więc co ? Tak, macie racje - wycieczka do Laryngologa. Robiło się coraz ciekawiej. I tutaj zaczyna się ta naprawdę ciekawa część opowieści. Mama do mnie, że trzeba tam jechać bardzo wcześnie, bo ta kolejka u Lekarza pierwszego kontaktu, to może wydać mi się bardzo śmieszna w porównaniu do tej w przychodni. No więc rad nie rad trzeba było wstać o 6 rano aby tam się w ogóle dostać. Zajeżdżamy a tam przychodnia jeszcze zamknięta ale i tak wejścia już pękają w szwach. Po upływie jakiś 30 minut na dworze w oczekiwaniu na otworzenie przychodni w końcu dostałem się do rejestracji. Tam dostałem numerek 19 i miałem czekać aż przyjdzie moja kolej. Spojrzałem na tabliczkę tuż obok gabinetu laryngologicznego a tam co ? Lekarz przyjmuję od 8;30 do 10;30. Godzina była 7;00 więc półtorej godziny przesiedziałem patrząc się jak kolejka do tego gabinetu ciągle się zapełnia. Kiedy w końcu lekarz dotarł nie było już gdzie usiąść pod jego miejscem pracy. Po upływie kolejnych 2 godzin w końcu się dopchałem do tego pięknego pokoju pełnego dziwnych przyrządów tortur przeznaczonych do maltretowania uszu, gardła, nosa i czego tam jeszcze tylko dusza zapragnie. Po wytłumaczeniu służbie zdrowia co mi jest lekarz bezceremonialnie wepchnął spory... lejek do mojego biednego ucha, poświecił swoją latareczką i nakazał pielęgniarce przygotować sprzęt do płukania. Tak więc Pani Jadzia (Bo tak nazywała się pielęgniarka) przygotowała wieeeeeeelką strzykawkę (Na szczęście bez igły ;)) i dała ją Laryngologowi, który nawet nie patrząc w ucho wsadził końcówkę do tegoż przy okazji naciskając tłuczek do końca co poskutkowało dostaniem się fali tsunami do mojego przewodu słuchowego czy jak to się tam zwie. Poczułem się tak jakby nagle całe ciśnienie z czaszki wyleciało przez ucho ale w końcu odzyskałem słuch ! Lekarz jeszcze coś tam pomarudził, wypisał receptę i zwolnienie, no i wypuścił mnie w końcu na wolność. Statystyka całego tego zdarzenia wygląda tak, że nie było mnie w szkole 3 dni, nie słyszałem przez 2 dni, ucho bolało mnie przez 2 dni, 2-krotnie odwiedziłem przychodnie co nie zdarzyło mi się od badań do szkoły ponadgimnazjalnej czyli od jakiś 2 lat, spędziłem łącznie jakieś 4 godziny na czekaniu na lekarza, no i bilans z Czwartku wygląda tak, że z domu wyjechałem o 6;30 a wróciłem o 12. Najśmieszniejsze jest to, że ucho owszem już mnie nie boli ale znowu się zatyka... Ale powiedziałem sobie, że nawet jakbym miał stracić słuch, to już nigdy więcej nie skorzystam z pomocy NFZ'owskich lekarzy. Chyba lepiej już zapłacić te 50 złoty za wizytę prywatną niż sterczeć w kolejce pół życia.
Nigdy nie ufałem medycynie i już chyba nigdy nie zaufam ;)
See Ya !
Tagi:
Nobody
Okej. Niech mi jeszcze raz ktoś powie, że muzyka nie wpływa na nasz nastrój to osobiście mu wytłumaczę, że jednak wpływa.
Czym ja się do cholery przejmuję powiedzcie mi ? Do jasnej ciasnej czym ? To wszystko to są śmieszne rzeczy. Kobietami ? No bez jaj. Wielokrotnie już przez nie upadłem i wielokrotnie upadnę więc jedna w tą czy w tą, to kij tam. I tak się nie doliczę. Mam to w dupie. Mam to wszystko głęboko w dupie. Postanowiłem chyba po raz pierwszy w życiu pomartwić się o siebie. Zawalczyć o lepszą przyszłość. A jeśli żadna z kobiet nie chcę w niej uczestniczyć to... No cóż... Jakoś przeżyje. Oczywiście będę rozpaczał i użalał się nad sobą jak jakaś niedorobiona niedorajda życiowa (Co zresztą czynie zbyt często... ZDECYDOWANIE zbyt często) ale potem wstanę na nogi i będzie dobrze. Musi być. Co do tamtej dziewczyny to... Dosyć często słyszę co u niej, jak się jej powodzi i w ogóle i wiecie co ? Nie rusza mnie to. No tak ale ja głupi pewny byłem, że to już na pewno zauroczenie w afekcie czego powstała notka widniejąca niżej. Żałosna, wiem. To nic. Czasem ktoś powinien do mnie podejść i uderzyć mnie z całej siły w ryj ze słowami "Co ty wyczynia debilu !?". Myślę, że to nauczyłoby mnie raz na zawsze mieć wyjebane na wszystko (No i zęby też wyjebane w związku z tych pechowym ale ocucającym mnie uderzeniem).
Anyway, załatwiłem sobie pracę na wakacje i zamierzam pracować równe 2 miesiące, żeby w końcu i nareszcie zakupić sobie lapka, który prześladuję mnie ostatnio dosyć często. Tym bardziej, że ten... Ekhem... Komputer powoli zaczyna odmawiać mi posłuszeństwa sypiąc BlueScreenami jak z rękawa. A może to tylko problem niezgodności dwóch kości RAM'u ? A zresztą jakie to ma znaczenie. Nie warto w niego inwestować.
Eee... O czym to ja... Ano tak już wiem. No, więc może nie będę miał wakacji pełnych wspaniałych wspomnień i romansów (Taa... Jakbyś kiedykolwiek miał takie wakacje ^^) ale za to może choć trochę się zmobilizuję a przy okazji będę miał pretekst żeby tego złoma wyrzucić na... Złom.
No i pomysły mi się wyczerpały... A może po prostu wszedłem tutaj tylko i wyłącznie po to aby pochwalić się, że nie udaję już (Na razie ?) skończonego idioty życiowego. Oby tak dalej a może w końcu odnajdę swoje miejsce na świecie. Zobaczymy ;)
See Ya !
PS: Swoją drogą śmieszny mnie trochę jak Polsat "podbudowuję" na duchu swoich widzów - W każde Walentynki leci jakaś kolejna tasiemcowata komedia romantyczna (Typu: Poznają się -> Jest dobrze -> Jest źle -> Jest bardzo źle -> Happy End.). Można wywnioskować, że obejrzą ją tylko samotni ludzie, bo przecież ci, którzy kogoś mają spędzają walentynki z tym kimś (No chyba, że nie uznają walentynek ale na razie odrzućmy tą opcje). No więc Telewizja żeby pocieszyć swoje samotne owieczki pokazuje ... Szczęście w miłości kogoś innego. Nice. Gwóźdź do trumny czy jaki chuj ? ;D
No teraz już naprawdę:
See Ya (2) ;)
Czym ja się do cholery przejmuję powiedzcie mi ? Do jasnej ciasnej czym ? To wszystko to są śmieszne rzeczy. Kobietami ? No bez jaj. Wielokrotnie już przez nie upadłem i wielokrotnie upadnę więc jedna w tą czy w tą, to kij tam. I tak się nie doliczę. Mam to w dupie. Mam to wszystko głęboko w dupie. Postanowiłem chyba po raz pierwszy w życiu pomartwić się o siebie. Zawalczyć o lepszą przyszłość. A jeśli żadna z kobiet nie chcę w niej uczestniczyć to... No cóż... Jakoś przeżyje. Oczywiście będę rozpaczał i użalał się nad sobą jak jakaś niedorobiona niedorajda życiowa (Co zresztą czynie zbyt często... ZDECYDOWANIE zbyt często) ale potem wstanę na nogi i będzie dobrze. Musi być. Co do tamtej dziewczyny to... Dosyć często słyszę co u niej, jak się jej powodzi i w ogóle i wiecie co ? Nie rusza mnie to. No tak ale ja głupi pewny byłem, że to już na pewno zauroczenie w afekcie czego powstała notka widniejąca niżej. Żałosna, wiem. To nic. Czasem ktoś powinien do mnie podejść i uderzyć mnie z całej siły w ryj ze słowami "Co ty wyczynia debilu !?". Myślę, że to nauczyłoby mnie raz na zawsze mieć wyjebane na wszystko (No i zęby też wyjebane w związku z tych pechowym ale ocucającym mnie uderzeniem).
Anyway, załatwiłem sobie pracę na wakacje i zamierzam pracować równe 2 miesiące, żeby w końcu i nareszcie zakupić sobie lapka, który prześladuję mnie ostatnio dosyć często. Tym bardziej, że ten... Ekhem... Komputer powoli zaczyna odmawiać mi posłuszeństwa sypiąc BlueScreenami jak z rękawa. A może to tylko problem niezgodności dwóch kości RAM'u ? A zresztą jakie to ma znaczenie. Nie warto w niego inwestować.
Eee... O czym to ja... Ano tak już wiem. No, więc może nie będę miał wakacji pełnych wspaniałych wspomnień i romansów (Taa... Jakbyś kiedykolwiek miał takie wakacje ^^) ale za to może choć trochę się zmobilizuję a przy okazji będę miał pretekst żeby tego złoma wyrzucić na... Złom.
No i pomysły mi się wyczerpały... A może po prostu wszedłem tutaj tylko i wyłącznie po to aby pochwalić się, że nie udaję już (Na razie ?) skończonego idioty życiowego. Oby tak dalej a może w końcu odnajdę swoje miejsce na świecie. Zobaczymy ;)
See Ya !
PS: Swoją drogą śmieszny mnie trochę jak Polsat "podbudowuję" na duchu swoich widzów - W każde Walentynki leci jakaś kolejna tasiemcowata komedia romantyczna (Typu: Poznają się -> Jest dobrze -> Jest źle -> Jest bardzo źle -> Happy End.). Można wywnioskować, że obejrzą ją tylko samotni ludzie, bo przecież ci, którzy kogoś mają spędzają walentynki z tym kimś (No chyba, że nie uznają walentynek ale na razie odrzućmy tą opcje). No więc Telewizja żeby pocieszyć swoje samotne owieczki pokazuje ... Szczęście w miłości kogoś innego. Nice. Gwóźdź do trumny czy jaki chuj ? ;D
No teraz już naprawdę:
See Ya (2) ;)
Tagi:
Nobody
I'll never believe in you again
Cholera, pomimo tylu obietnic, że już nigdy nie zaufam dziewczynie. Pomimo tego, że moje serce jest już dziurawe jak durszlak i pomimo tego, że tak wiele razy sam siebie raniłem, po raz kolejny zaufałem sobie samemu, wmawiając sobie, że być może coś z tego będzie. I po raz kolejny się odbiłem. No i po raz kolejny się męczę. Za każdym razem gdy już chcę powiedzieć komuś co do niego czuję, ten "ktoś" mówi mi, że znalazł sobie swoją druga połówkę. Taak... Może to jeszcze nie zakochanie, ale zaczęło mi na niej zależeć. I to był mój błąd. Ona niczego nie świadoma stwierdza, że ma kogoś na oku i może coś z tego będzie. Standardowa sytuacja, do której powinienem już przywyknąć. Ale kurwa nie przywykłem. To po raz kolejny boli tak samo mocno. Nic się nie zmienia. Morale Nobody'ego po raz kolejny spadły. I ja sam znowu spadam szukając swojego celu w życiu od tak dawna. Kolejne dni wyglądać będą tak jak już kiedyś wyglądały. I to niestety znowu przez dziewczynę. Bo ja głupi nie potrafię trzymać na wodzy swoich uczuć. Dlaczego cholera ? Dlaczego ja ? Z tego wszystkiego znowu zacząłem palić czego nie robiłem od dobrych paru lat. Nie zależy mi na moim życiu ani zdrowiu. Wolę umrzeć młodo z powodu pieprzonego raka płuc niż żyć samotnie. Po raz kolejny przekonałem się, że moim przeznaczeniem jest być samemu. I żebym chociaż mógł obarczyć winą ją, ale nie mogę, bo znowu to tylko i wyłącznie moja wina. Nic mi nie obiecywała tylko była ze mną. To wystarczyło. Te głupie kilka chwil wystarczyło abym zaczął sam sobie wmawiać, że możemy być razem. Dlaczego jestem taki głupi ? Dlaczego tak często gdy ktoś pisze mi "Co tam ?" za każdym razem chcę napisać jak bardzo mi źle i jak bardzo potrzebuje czyjejś pomocy, to odpisuję tylko "Jakoś leci" ? Dlaczego udaję sam przed sobą, że jest w porządku ? Jak wiele jeszcze takich zawodów jestem w stanie przeżyć, by w końcu oszaleć z samotności i odejść raz na zawsze ? Tak bardzo mi szkoda ...
Tagi:
Nobody
Ależ ja się jaram tym Nickelback'iem. Że komercja ? Że proste jak budowa cepa ? Że zero innowacji ? Że krytycy uważają go za słaby ogólnie zespół ? No cóż, sorry, ale mnie tam pasuje i mogą sobie nawet grać Hip-Disco-Techn-Electr-Porn-Black-Pop Rock. Mnie się tam podoba i to się liczy. Polecam piosenkę na dole ;)
Ło matko, właśnie doszedłem do wniosku, że nie pisałem tutaj od Sylwka, a od tego czasu dosyć sporo się zmieniło. No może nie sporo ale troszkę. W każdym bądź razie niektórzy mawiają, że ludzie po alkoholu się otwierają, a ich "wstydliwość" gdzieś znika. No to w takim razie ja chyba wcale tej wstydliwości nie posiadam, bo to co ja wyczyniałem tego felernego 31 Grudnia, to zapamiętam do końca życia. Już nawet nie wspominam o zdemolowaniu mi domu przez stado dzikich małp. W każdym bądź razie obiecuję sobie, że nie piję (Aż tak strasznie) do mojej 18. Co prawda zbliża się ona wielkimi krokami, ale mimo wszystko powstrzymam się z tym chlaniem, bo ojcem jeszcze być nie chcę. A na takich... Hmm... Z braku lepszego słowa "Zgromadzeniach", bardzo łatwo się dziecka nabawić. Ech... Nigdy więcej takiego Sylwestra. W każdym bądź razie coś się we mnie tamtego dnia odblokowało. Mimo, że wytrzeźwiałem, to nie czuję takiego wstydu przed dziewczynami jak przed Nowym Rokiem. I to jest jedyny pozytyw tamtego dnia. Wchodzę w rok 2012 z pozytywnym nastawieniem w stosunku do kobiet.
A tak nawiasem, to zauważyłem, że jak na razie jedyne dziewczyny, które "Coś" we mnie widzą, to dziewczyny z... Eee... Podstawówki. Także ja dziękuję, postoję. Pedofilem jak na razie nie mam w planach zostać, więc pozwolę sobie mierzyć trochę wyżej (Hmm... Trafne słowo - "Wyżej").
W szkole jak to w szkole. Nowy semestr się zaczął, a więc nauczycielom się nudzi. A że z nudy ludzie robią różne dziwne rzeczy, to nauczyciele też nie chcą być gorsi i zasypują nas tonami kartkówek. A co leniwszy nauczyciel, to i czasem nawet klasówką strzeli. Chyba wypadałoby się w końcu zacząć interesować nauką, bo Czerwiec już za pasem (Komuś to pozytywizm się włączył ?), a fajnie by było nie wylądować z jedynką na świadectwie. No ale co ja poradzę, że mi się tak cholernie nie chcę... ?
No i na pożegnanie małe pytanko: Kiedy wam się ferie zaczynają ? Mi (niestety/stety - Niepotrzebne skreślić) już w ten Piątek. Z jednej strony spoko, ale z drugiej... Wracamy do szkoły już 30 Stycznia, a to oznacza 4 bite miesiące bez żadnego większego wolnego ;( Maju nakurwiaj.
See Ya !
Ło matko, właśnie doszedłem do wniosku, że nie pisałem tutaj od Sylwka, a od tego czasu dosyć sporo się zmieniło. No może nie sporo ale troszkę. W każdym bądź razie niektórzy mawiają, że ludzie po alkoholu się otwierają, a ich "wstydliwość" gdzieś znika. No to w takim razie ja chyba wcale tej wstydliwości nie posiadam, bo to co ja wyczyniałem tego felernego 31 Grudnia, to zapamiętam do końca życia. Już nawet nie wspominam o zdemolowaniu mi domu przez stado dzikich małp. W każdym bądź razie obiecuję sobie, że nie piję (Aż tak strasznie) do mojej 18. Co prawda zbliża się ona wielkimi krokami, ale mimo wszystko powstrzymam się z tym chlaniem, bo ojcem jeszcze być nie chcę. A na takich... Hmm... Z braku lepszego słowa "Zgromadzeniach", bardzo łatwo się dziecka nabawić. Ech... Nigdy więcej takiego Sylwestra. W każdym bądź razie coś się we mnie tamtego dnia odblokowało. Mimo, że wytrzeźwiałem, to nie czuję takiego wstydu przed dziewczynami jak przed Nowym Rokiem. I to jest jedyny pozytyw tamtego dnia. Wchodzę w rok 2012 z pozytywnym nastawieniem w stosunku do kobiet.
A tak nawiasem, to zauważyłem, że jak na razie jedyne dziewczyny, które "Coś" we mnie widzą, to dziewczyny z... Eee... Podstawówki. Także ja dziękuję, postoję. Pedofilem jak na razie nie mam w planach zostać, więc pozwolę sobie mierzyć trochę wyżej (Hmm... Trafne słowo - "Wyżej").
W szkole jak to w szkole. Nowy semestr się zaczął, a więc nauczycielom się nudzi. A że z nudy ludzie robią różne dziwne rzeczy, to nauczyciele też nie chcą być gorsi i zasypują nas tonami kartkówek. A co leniwszy nauczyciel, to i czasem nawet klasówką strzeli. Chyba wypadałoby się w końcu zacząć interesować nauką, bo Czerwiec już za pasem (Komuś to pozytywizm się włączył ?), a fajnie by było nie wylądować z jedynką na świadectwie. No ale co ja poradzę, że mi się tak cholernie nie chcę... ?
No i na pożegnanie małe pytanko: Kiedy wam się ferie zaczynają ? Mi (niestety/stety - Niepotrzebne skreślić) już w ten Piątek. Z jednej strony spoko, ale z drugiej... Wracamy do szkoły już 30 Stycznia, a to oznacza 4 bite miesiące bez żadnego większego wolnego ;( Maju nakurwiaj.
See Ya !
Tagi:
Nobody
Trochę śmieszą mnie moje statystyki, a szczególnie rubryczka z napisem " Wpis średnio co ... ". U mnie jest to 14 dni, ale to chyba dlatego, bo ten algorytm liczy wszystkie notki od samego początku, a ja kiedyś pisałem bardzo sumiennie i prawie, że codziennie. Ba ! Zdarzało się nawet 2 razy dziennie. Teraz wypadłem z wprawy, ale może jeszcze kiedyś zacznę "normalnie" pisać. A może to już nie te lata ?
Anyway, chciałbym wam życzyć aby rok 2012 był kilkakrotnie lepszy od tego który mija (Choć ten wcale taki zły nie był, nie prawda ?). No i oczywiście, żeby spełniły się wasze wszystkie postanowienia noworoczne, a reszta ? Hmm... Reszta już zależy od nas, nie ? Więc sobie też życzę spełnień swoich obietnic, a co ma być to będzie ;)
See Ya !
PS: No nie zapomnijcie o wzajemnym szanowaniu się, bo braterstwo w tych czasach, to rzecz najważniejsza. Szanujmy się i sprawmy, by ten świat był choć ciut lepszy niż jest ;)
PS2: Słyszałem tą piosenkę miliard razy wcześniej, ale dopiero ostatnio się nią naprawdę zainteresowałem. No i kto by pomyślał, że wykonuję ją Nickelback. Wy też ją pewnie znacie i to nawet bardzo dobrze, ale mimo wszystko posłuchajcie. Kawał naprawdę świetnego Rocka ;D
Anyway, chciałbym wam życzyć aby rok 2012 był kilkakrotnie lepszy od tego który mija (Choć ten wcale taki zły nie był, nie prawda ?). No i oczywiście, żeby spełniły się wasze wszystkie postanowienia noworoczne, a reszta ? Hmm... Reszta już zależy od nas, nie ? Więc sobie też życzę spełnień swoich obietnic, a co ma być to będzie ;)
Wesołego Nowego Roku !
See Ya !
PS: No nie zapomnijcie o wzajemnym szanowaniu się, bo braterstwo w tych czasach, to rzecz najważniejsza. Szanujmy się i sprawmy, by ten świat był choć ciut lepszy niż jest ;)
PS2: Słyszałem tą piosenkę miliard razy wcześniej, ale dopiero ostatnio się nią naprawdę zainteresowałem. No i kto by pomyślał, że wykonuję ją Nickelback. Wy też ją pewnie znacie i to nawet bardzo dobrze, ale mimo wszystko posłuchajcie. Kawał naprawdę świetnego Rocka ;D
Tagi:
Nobody
Uuu... Ktoś tu ma wolne do końca tygodnia. Nie, nie jestem chory, nic mi się nie stało i jakoś żyję. Po prostu wszyscy u mnie w domu są chorzy i zostałem zatrudniony jako niańka dla mojej siostry. Nie narzekam i tak mam już dosyć szkoły... Jakoś tak od Września już mi się nie chcę do niej chodzić. A że koniec semestru za pasem, to i tym bardziej nie widzę powodu, aby jakoś ze szczególnym entuzjazmem lecieć do tego ośrodka... Ekhem... Ekhem... Oświaty.
Anyway, Siedzę w domu i nic nie robię. Niby w porządku, ale po powiedzmy 5 godzinach takiego patrzenia się w telewizor lub komputer człowiek ma mimo wszystko... Hmm... Dosyć tego opierdzielania się. Dziwię się sam sobie, bo przecież ja jestem z natury obrzydliwie leniwy, a tutaj naglę nudzi mnie nudzenie się. Świat jest pełny niespodzianek a największą z nich jesteśmy my sami.
Jeśli chodzi o miłość/przyjaźń, to po raz kolejny odpuszczam (miłości), by po raz kolejny zapewne dać się złapać w jej śliskie ręce. Zbyt wiele razy przez to cierpiałem i zbyt wiele razy będę cierpiał. I albo do tego przywyknę, albo pewnego dnia naprawdę oszaleje. Jeśli chodzi o przyjaźń, to sam już nie wiem jak to z nią jest. Raz jest dobrze, drugiego dnia już źle. Może to jest "zaleta" kobiet, że nigdy nie pozostają takie same. Każdego dnia są inne, bardziej/mniej otwarte, weselsze/smutniejsze, mające ochotę z kimś pogadać/nie mające ochoty z nikim gadać. Problem w tym, że zamykają się na mnie zazwyczaj wtedy kiedy mam problemy. Ale nie winie ich. Być może to moja wina. Ukrywam swoje problemy i udaję, że wszystko jest w porządku podczas kiedy nie wytrzymuję sam na sam ze swoimi myślami. Stwierdzam "Nie no spoko, wszystko jest w porządku", kiedy tak naprawdę nie jest. Nikt przecież nie jest jasnowidzem i nie będzie ze mnie na siłę wyciągał tego, czego najwyraźniej nie chcę powiedzieć. Gorzej, że nikt nawet nie próbuję...
Okej, co do poprzedniej notki, to chciałbym wam podziękować za komentarze. To wiele dla mnie znaczy - serio. Fajnie widzieć, że ktoś zatrzymuję się choćby na chwile, by przeczytać to, czego nie mogę wykrzyczeć i na dodatek próbuję mnie wesprzeć. Dziękuję ;)
See Ya !
Anyway, Siedzę w domu i nic nie robię. Niby w porządku, ale po powiedzmy 5 godzinach takiego patrzenia się w telewizor lub komputer człowiek ma mimo wszystko... Hmm... Dosyć tego opierdzielania się. Dziwię się sam sobie, bo przecież ja jestem z natury obrzydliwie leniwy, a tutaj naglę nudzi mnie nudzenie się. Świat jest pełny niespodzianek a największą z nich jesteśmy my sami.
Jeśli chodzi o miłość/przyjaźń, to po raz kolejny odpuszczam (miłości), by po raz kolejny zapewne dać się złapać w jej śliskie ręce. Zbyt wiele razy przez to cierpiałem i zbyt wiele razy będę cierpiał. I albo do tego przywyknę, albo pewnego dnia naprawdę oszaleje. Jeśli chodzi o przyjaźń, to sam już nie wiem jak to z nią jest. Raz jest dobrze, drugiego dnia już źle. Może to jest "zaleta" kobiet, że nigdy nie pozostają takie same. Każdego dnia są inne, bardziej/mniej otwarte, weselsze/smutniejsze, mające ochotę z kimś pogadać/nie mające ochoty z nikim gadać. Problem w tym, że zamykają się na mnie zazwyczaj wtedy kiedy mam problemy. Ale nie winie ich. Być może to moja wina. Ukrywam swoje problemy i udaję, że wszystko jest w porządku podczas kiedy nie wytrzymuję sam na sam ze swoimi myślami. Stwierdzam "Nie no spoko, wszystko jest w porządku", kiedy tak naprawdę nie jest. Nikt przecież nie jest jasnowidzem i nie będzie ze mnie na siłę wyciągał tego, czego najwyraźniej nie chcę powiedzieć. Gorzej, że nikt nawet nie próbuję...
Okej, co do poprzedniej notki, to chciałbym wam podziękować za komentarze. To wiele dla mnie znaczy - serio. Fajnie widzieć, że ktoś zatrzymuję się choćby na chwile, by przeczytać to, czego nie mogę wykrzyczeć i na dodatek próbuję mnie wesprzeć. Dziękuję ;)
See Ya !
Tagi:
Nobody
... You never stay the same !
Czasami nie mam już na nic siły... Wysiadam psychicznie i nie wiem jak mam sobie z tym poradzić. Potrzebuję pomocy, która nigdy nie nadejdzie, bo... Nie da się pomóc osobie, która sama nie wie gdzie i w czym tkwi jej problem. Przecież wcale nie mam takiego złego tego życia. Właściwie to mam wszystko co do szczęścia mi potrzebne... Ale...
No właśnie, zanim dojdę do sedna, to proszę odpowiedzcie mi na jedno pytanie: Jak to jest być na pierwszym miejscu w czymkolwiek ?
Myślę, że chciałbym to wiedzieć, bo odkąd tylko moja pamięć sięga zawsze był ktoś większy, mądrzejszy, inteligentniejszy, szybszy, odważniejszy, bardziej otwarty i ogólnie dużo lepszy ode mnie. Nie ważne czy to w nauce czy w życiu. Uczyłem się (I uczę się) średnio, więc pełno było ludzi mądrzejszych ode mnie. Nigdy nie byłem dobry w sporcie, ale nie narzekam, bo na tym akurat w ogóle mi nie zależy. No i w końcu, nie jestem zbyt dobry w stosunkach damsko - męskich. Chociaż... Może i jestem, ale tylko do pewnego stopnia. Pisałem o tym kiedyś, ale chyba muszę zrobić to znowu - wiecznie jestem przyjacielem, dobrym kolegą i doradcą. Nigdy nie wychodzę poza tą ściśle ustaloną linię przyjaźni. Nie, że bym nie chciał czy, że nie umiem. Po prostu... Każda dziewczyna, która zrozumie, że nie chcę już być tylko przyjacielem odpycha mnie. Zraża do siebie celowo. I za każdym razem kiedy moje przyjaciółki znajdą sobie kogoś lepszego ode mnie, to... No wybacz Paweł, ale wiesz jak to jest. W miłości nie ma miejsca na przyjaźń, a jeśli ci to nie pasuję, to jak zerwiemy ze sobą, to zapewne przyjdę wypłakać ci się w rękaw. I nie ironizuję teraz, nie mam nic przeciwko takiemu wypłakiwaniu się. Lubię ich słuchać, lubię angażować się w ich problemy, bo na tym polega przyjaźń i za to ją cenie, tylko, że... Chciałbym żeby czasem to ktoś mną się zainteresował. Głupie "Hejka, co tam ?" raz na tydzień potrafi człowieka podbudować. Tymczasem ja... Nie wiem, może po prostu sobie to wymyślam, ale... Ja jestem gdzieś z tyłu. Zawsze tak było zawsze tak będzie. Nikt się sam z siebie nie zainteresuję czy ja tam jeszcze żyję. Więc często dopadają mnie myśli... No nawet nie często, bo ostatnio wręcz codziennie i w każdym momencie mojej... Hmm... "Samotności"... Nachodzą mnie myśli, w których zastanawiam się i kłócę sam ze sobą - Jakby to było gdybym nagle zniknął, umarł czy wyparował. Jak wiele z moich przyjaciół zainteresowałoby się tym na tyle, by nie zapomnieć o tym po pół roku, kiedy moje istnienie stałoby się po prostu przeszłością. A jak wiadomo co było, to minęło i nigdy nie wróci. Zapewne znaleźli by lepszych ode mnie. Jest ich pełno w świecie. Lepszych, mądrzejszych, nie takich jak nieudacznik, który sam sobie rzuca kłody pod nogi. I może i się nad sobą użalam, ale nie umiem już inaczej. Nikt nie słucha, nikt nie krzyczy... Więc ile warte jest istnienie takiego Nobody'iego ? Ile ono jest warte, skoro od zawsze byli i będą lepsi ode mnie. I tutaj nie chodzi o to, że ja mam jakąś manie niższości i za wszelką cenę chciałbym w czymś być najlepszym... Niee... Chodzi mi raczej o przenośne znaczenie tego wszystkiego. Ja czasem po prostu chciałbym być w czymś doceniony... Zauważony w końcu jako chłopak nie jako przyjaciel. Czasem mam po prostu dosyć rad w stylu: "Spokojnie wszystko będzie dobrze, znajdziesz sobie dziewczynę, która będzie na ciebie zasługiwała, po prostu jeszcze poczekaj". Ile mam jeszcze czekać ? Jak długo mam wariować sam ze sobą ? I czy naprawdę warto jest czekać na coś, co może wcale nie nadejść. I tak, tak, wiem co chcecie powiedzieć - że na prawdziwą miłość można czekać całymi latami i gwarantujecie, że mi się to opłaci. A co jeśli już będzie za późno ?
Siedzę wieczorami w domu i przestaję myśleć racjonalnie. Nie myślę o tym co mam, o tym czego nie mam. W Lato dobijają mnie samotne zachody słońca; w Zimę dobijają mnie samotnie spędzane noce. Kocham gapić się w gwiazdy. To nie męskie ? Trudno, jakoś przeżyję. Kocham się w nie patrzeć, ale... Nigdy nie było przy mnie nikogo z kim mógłbym się podzielić moimi uczuciami kiedy widzę miliardy malutkich światełek na ciemnym niebie...
A może tu nie chodzi wcale o to, że to wina dziewczyn, że nie widzą we mnie nikogo poza przyjacielem ? Może wina leży po mojej stronie. Może to ja nie potrafię dopuścić ich do mojego serca. Może po prostu biorę wszystko za bardzo na serio. Każdą najdrobniejszą rysę w naszej znajomości biorę za bardzo do siebie. Przejmuję się każdym głupim szczegółem, każdym najdrobniejszym słówkiem. I wtedy je odtrącam... Nie potrafiąc zaakceptować tego, że może one i chciałby czegoś więcej, ale ja na to nie pozwalam ?
Nie wiem, nie potrafię sam sobie wytłumaczyć czemu dziewczyna z którą świetnie się dogaduję kupę czasu po zauważeniu, że przyjaźń mi nie wystarcza kopię mnie w dupę i praktycznie zrywa kontakt.
Minął rok, odkąd zacząłem układać swoje postanowienia noworoczne. Pamiętam je dokładnie. Każdy najdrobniejszy punkt mojego "planu". Chyba nie udało mi się go spełnić... Chociaż oczywiście nie mogę odmówić rokowi 2011 tego, że był lepszy od 2010; nie dużo, ale jednak.
Mimo wszystko ten rok nauczył mnie tego, że czasem lepiej zamknąć się w sobie. Nie ufać ludziom, bo oni nie są tego warci. Nie potrafią tego docenić. Rok ten pokazał mi także, że przyjaźń nic nie znaczy. Jest tak samo ulotna jak miłość. Wystarczy obok przyjaciela postawić innych, nowych, lepszych ode mnie, aby ten zapomniał o wszystkich chwilach spędzonych razem - szczęśliwych i nieszczęśliwych. To nie ma znaczenia. To tylko wspomnienia. Jeszcze bardziej ulotne niż uczucia. "Znaczysz dla mnie taaaaak wiele", to tylko puste słowa. Nic nie znaczą. Może nigdy nie znaczyły ale ja nie mogłem tego dostrzec... ? Nie wiem... Mam zbyt dużo pytań, a zbyt mało odpowiedzi. Chciałbym po prostu, żeby ktoś kiedyś chwycił mnie za rękę i poprowadził przez życie. To niemożliwe, wiem, ale cóż poradzę, że sam przez nie raczej nie przejdę...
I tym sposobem kończę notkę, nad którą pracowałem od dawna. Może nie konkretnie tutaj, ale kształtowała mi się ona w głowie już wiele tygodni. Po napisaniu jej czuję się nieco lepiej, ale to chyba jeszcze nie wszystko... Zostawiła ona po sobie więcej pytań niż byłbym sobie tego życzyć. W każdym bądź razie cieszę się, że tu wróciłem. Przynajmniej coś po mnie zostanie, kiedy już do końca mnie popierdoli...
See Ya !
Uwaga: Osoby znające mnie osobiście upraszane są o nieczytanie tej notki.
Tak, wiem, że i tak ją przeczytacie, więc chociaż proszę was o nie obrażanie się, nie fochanie i nie robienie mi wyrzutów z powodu tejże notki.
Czasami nie mam już na nic siły... Wysiadam psychicznie i nie wiem jak mam sobie z tym poradzić. Potrzebuję pomocy, która nigdy nie nadejdzie, bo... Nie da się pomóc osobie, która sama nie wie gdzie i w czym tkwi jej problem. Przecież wcale nie mam takiego złego tego życia. Właściwie to mam wszystko co do szczęścia mi potrzebne... Ale...
No właśnie, zanim dojdę do sedna, to proszę odpowiedzcie mi na jedno pytanie: Jak to jest być na pierwszym miejscu w czymkolwiek ?
Myślę, że chciałbym to wiedzieć, bo odkąd tylko moja pamięć sięga zawsze był ktoś większy, mądrzejszy, inteligentniejszy, szybszy, odważniejszy, bardziej otwarty i ogólnie dużo lepszy ode mnie. Nie ważne czy to w nauce czy w życiu. Uczyłem się (I uczę się) średnio, więc pełno było ludzi mądrzejszych ode mnie. Nigdy nie byłem dobry w sporcie, ale nie narzekam, bo na tym akurat w ogóle mi nie zależy. No i w końcu, nie jestem zbyt dobry w stosunkach damsko - męskich. Chociaż... Może i jestem, ale tylko do pewnego stopnia. Pisałem o tym kiedyś, ale chyba muszę zrobić to znowu - wiecznie jestem przyjacielem, dobrym kolegą i doradcą. Nigdy nie wychodzę poza tą ściśle ustaloną linię przyjaźni. Nie, że bym nie chciał czy, że nie umiem. Po prostu... Każda dziewczyna, która zrozumie, że nie chcę już być tylko przyjacielem odpycha mnie. Zraża do siebie celowo. I za każdym razem kiedy moje przyjaciółki znajdą sobie kogoś lepszego ode mnie, to... No wybacz Paweł, ale wiesz jak to jest. W miłości nie ma miejsca na przyjaźń, a jeśli ci to nie pasuję, to jak zerwiemy ze sobą, to zapewne przyjdę wypłakać ci się w rękaw. I nie ironizuję teraz, nie mam nic przeciwko takiemu wypłakiwaniu się. Lubię ich słuchać, lubię angażować się w ich problemy, bo na tym polega przyjaźń i za to ją cenie, tylko, że... Chciałbym żeby czasem to ktoś mną się zainteresował. Głupie "Hejka, co tam ?" raz na tydzień potrafi człowieka podbudować. Tymczasem ja... Nie wiem, może po prostu sobie to wymyślam, ale... Ja jestem gdzieś z tyłu. Zawsze tak było zawsze tak będzie. Nikt się sam z siebie nie zainteresuję czy ja tam jeszcze żyję. Więc często dopadają mnie myśli... No nawet nie często, bo ostatnio wręcz codziennie i w każdym momencie mojej... Hmm... "Samotności"... Nachodzą mnie myśli, w których zastanawiam się i kłócę sam ze sobą - Jakby to było gdybym nagle zniknął, umarł czy wyparował. Jak wiele z moich przyjaciół zainteresowałoby się tym na tyle, by nie zapomnieć o tym po pół roku, kiedy moje istnienie stałoby się po prostu przeszłością. A jak wiadomo co było, to minęło i nigdy nie wróci. Zapewne znaleźli by lepszych ode mnie. Jest ich pełno w świecie. Lepszych, mądrzejszych, nie takich jak nieudacznik, który sam sobie rzuca kłody pod nogi. I może i się nad sobą użalam, ale nie umiem już inaczej. Nikt nie słucha, nikt nie krzyczy... Więc ile warte jest istnienie takiego Nobody'iego ? Ile ono jest warte, skoro od zawsze byli i będą lepsi ode mnie. I tutaj nie chodzi o to, że ja mam jakąś manie niższości i za wszelką cenę chciałbym w czymś być najlepszym... Niee... Chodzi mi raczej o przenośne znaczenie tego wszystkiego. Ja czasem po prostu chciałbym być w czymś doceniony... Zauważony w końcu jako chłopak nie jako przyjaciel. Czasem mam po prostu dosyć rad w stylu: "Spokojnie wszystko będzie dobrze, znajdziesz sobie dziewczynę, która będzie na ciebie zasługiwała, po prostu jeszcze poczekaj". Ile mam jeszcze czekać ? Jak długo mam wariować sam ze sobą ? I czy naprawdę warto jest czekać na coś, co może wcale nie nadejść. I tak, tak, wiem co chcecie powiedzieć - że na prawdziwą miłość można czekać całymi latami i gwarantujecie, że mi się to opłaci. A co jeśli już będzie za późno ?
Siedzę wieczorami w domu i przestaję myśleć racjonalnie. Nie myślę o tym co mam, o tym czego nie mam. W Lato dobijają mnie samotne zachody słońca; w Zimę dobijają mnie samotnie spędzane noce. Kocham gapić się w gwiazdy. To nie męskie ? Trudno, jakoś przeżyję. Kocham się w nie patrzeć, ale... Nigdy nie było przy mnie nikogo z kim mógłbym się podzielić moimi uczuciami kiedy widzę miliardy malutkich światełek na ciemnym niebie...
A może tu nie chodzi wcale o to, że to wina dziewczyn, że nie widzą we mnie nikogo poza przyjacielem ? Może wina leży po mojej stronie. Może to ja nie potrafię dopuścić ich do mojego serca. Może po prostu biorę wszystko za bardzo na serio. Każdą najdrobniejszą rysę w naszej znajomości biorę za bardzo do siebie. Przejmuję się każdym głupim szczegółem, każdym najdrobniejszym słówkiem. I wtedy je odtrącam... Nie potrafiąc zaakceptować tego, że może one i chciałby czegoś więcej, ale ja na to nie pozwalam ?
Nie wiem, nie potrafię sam sobie wytłumaczyć czemu dziewczyna z którą świetnie się dogaduję kupę czasu po zauważeniu, że przyjaźń mi nie wystarcza kopię mnie w dupę i praktycznie zrywa kontakt.
Minął rok, odkąd zacząłem układać swoje postanowienia noworoczne. Pamiętam je dokładnie. Każdy najdrobniejszy punkt mojego "planu". Chyba nie udało mi się go spełnić... Chociaż oczywiście nie mogę odmówić rokowi 2011 tego, że był lepszy od 2010; nie dużo, ale jednak.
Mimo wszystko ten rok nauczył mnie tego, że czasem lepiej zamknąć się w sobie. Nie ufać ludziom, bo oni nie są tego warci. Nie potrafią tego docenić. Rok ten pokazał mi także, że przyjaźń nic nie znaczy. Jest tak samo ulotna jak miłość. Wystarczy obok przyjaciela postawić innych, nowych, lepszych ode mnie, aby ten zapomniał o wszystkich chwilach spędzonych razem - szczęśliwych i nieszczęśliwych. To nie ma znaczenia. To tylko wspomnienia. Jeszcze bardziej ulotne niż uczucia. "Znaczysz dla mnie taaaaak wiele", to tylko puste słowa. Nic nie znaczą. Może nigdy nie znaczyły ale ja nie mogłem tego dostrzec... ? Nie wiem... Mam zbyt dużo pytań, a zbyt mało odpowiedzi. Chciałbym po prostu, żeby ktoś kiedyś chwycił mnie za rękę i poprowadził przez życie. To niemożliwe, wiem, ale cóż poradzę, że sam przez nie raczej nie przejdę...
Lie To Me Once Again ...
I tym sposobem kończę notkę, nad którą pracowałem od dawna. Może nie konkretnie tutaj, ale kształtowała mi się ona w głowie już wiele tygodni. Po napisaniu jej czuję się nieco lepiej, ale to chyba jeszcze nie wszystko... Zostawiła ona po sobie więcej pytań niż byłbym sobie tego życzyć. W każdym bądź razie cieszę się, że tu wróciłem. Przynajmniej coś po mnie zostanie, kiedy już do końca mnie popierdoli...
See Ya !
Tagi:
Nobody
Chyba zamierzam tu wrócić. Chyba na pewno skoro tu piszę od tak dawna. Od wielu, wielu, wieeeelu tygodni. Czemu ? Nie wiem. Może po prostu dlatego, że się stęskniłem za pisaniem tych bzdur, z których rok po roku się śmieję. Wiem, że już to pisałem, ale napiszę jeszcze raz - to rozluźnia, pozwala rozładować napięcie, które towarzyszy mi już od dawien dawna i w żaden sposób nie mogę sobie z nim samemu poradzić. Czasem po prostu warto pisać cokolwiek. Nie ważne czy to ma sens czy nie ma. Nie ważne czy jest to napisane poprawnie czy nie. Czy logicznie czy też wręcz przeciwnie. Czasem warto po prostu posłuchać naszego głuchego serca i pisać po prostu to, co nam ono podyktuję. A właśnie teraz dyktuję mi, że jest zbyt wiele spraw do omówienia i zbyt mało czasu, by to wszystko z siebie... Hmmm... Z braku lepszego słowa - wylać. Myślę, że wrócę tu i myślę, że w końcu napiszę notkę, która będzie szczera. Taka, która pozwoli mi zatracić się w tym co piszę...
Ale zanim to nastąpi chciałbym was wszystkich (ponownie) powitać po tejże jakże długiej nieobecności. Być może nikogo to nie obchodzi i być może nikt nie zamierza tego czytać, ale być może ja wiem, że być może mi to pomoże zebrać myśli i w końcu stanąć na nogi raz na zawsze.
Więc na zakończenie tego powitania pożegnam się już, ale obiecuję sam sobie, że wkrótce tu wrócę, tylko najpierw muszę być pewny tego co chcę aby zostało tutaj uwiecznione jako ocean moich złych i jakże "chorych" emocji i myśli...
See Ya !
Ale zanim to nastąpi chciałbym was wszystkich (ponownie) powitać po tejże jakże długiej nieobecności. Być może nikogo to nie obchodzi i być może nikt nie zamierza tego czytać, ale być może ja wiem, że być może mi to pomoże zebrać myśli i w końcu stanąć na nogi raz na zawsze.
Więc na zakończenie tego powitania pożegnam się już, ale obiecuję sam sobie, że wkrótce tu wrócę, tylko najpierw muszę być pewny tego co chcę aby zostało tutaj uwiecznione jako ocean moich złych i jakże "chorych" emocji i myśli...
See Ya !
Tagi:
Nobody
Chciałbym tylko nadmienić, iż opierdalam się cały weekend.
Dziękuję za uwagę ;)
See Ya !
Tagi:
Nobody
Hmm... PKS'a dzisiaj nie miałem do szkoły, więc zostałem w domu. Mnie to tam pasuje. Tak się zastanawiam gdzie są te wakacje. Myślę i myślę - i myślę, że nie wiem. Przecież wczoraj był Czerwiec a tutaj mamy już 5 Wrzesień. Ale że jak to ?
Ech... Nie mam weny ;)
See Ya !
Ech... Nie mam weny ;)
See Ya !
Tagi:
Nobody
Wpis z serii: Co wkurza Nobody'ego.
Zastanawiam się co jest miarą "prawdziwego" metala. Tzn. ostatnio zauważyłem tendencje "tru" metalowców do jechania każdej muzyki (Metalowej), która nie pochodzi z prehistorii i zamierzchłych lat "tru" Metallicy (zamierzchłych, bo jak wiadomo, "tru" wierzą, że Metalika się "sprzedała" po Kill'em All). Rozumiem, że nowy Metal, to nie Metal. Tak zdecydowanie zgadam się z "tru", bo przecież taki Behemoth gra Folk Hip-Hop, a taki Motorhead gra Disco-Polo. No zdecydowanie. Wiadoma sprawa. Wszystkie nowe (czyli nie "tru") zespoły to pedały, cioty i ciecie. No i jak tu się nie zgodzić z takimi tolerancyjnymi istotami jakimi są "tru".
A tak na serio, to cholera nawet nie wiecie jak mnie wkurwia, jak ktoś mi mówi, że coś czego słucham jest do bani, bo jest nowe. Tak jest nowe. Więc jak słuchać metalu to tylko tego starego ? Pieprze ten biznes, bo ten "stary" mnie nie kręci. Za chuja nie będę tego słuchał. Słucham tego co lubię i pierdole słuchać muzyki pod publikę tak jak te wszystkie zajarane 12-nasto latki, które słuchają Rycha Peji (czy jak to się tam piszę), bo tego słuchają wszyscy wokół, więc trzeba być cool i też tego słuchać. Jeśli spodoba mi Porn Metal (Tak, istnieje coś takiego jak Porn Metal), to będę słuchał pieprzonego Porn Metalu i żaden pieprzony "tru" nie będzie mi się wpierdalał z buciorami i mówił, że to jest blee, bo nie jest "tru". Oczywiście nie zamierzam słuchać Porn Metalu, bo akurat to jest lekkie przegięcie, ale jeśli ktoś to lubi, to proszę bardzo.
I to nie jest tak, że mam coś przeciw tym staroszkolnym zespołom. Wręcz przeciwnie, bo sam ich słucham. I choć nie jara mnie Kill'em All, to już te starsze krążki Motorhead'a bardzo lubię i często ich słucham. Ale nie mam też nic przeciw tym nowym zespołom, bo cholera świat idzie naprzód i ileż można jarać się latami, które już dawno minęły i nie wrócą. Bo jeśli ktoś sądzi, że ta, udręczona już w dzisiejszej notce, Metalika nagra jakiś fajny album, to raczej powinien przestać się okłamywać, bo oni nie wrócą już do czasów sprzed tysiąca lat. I nie wiem czy to sprawa ich poglądów czy tez ich portfeli, ale jednak nie wrócą, choćby wszyscy ich fani zaczęli robić salta do tyłu na ich koncertach.
Tak więc ja tam pieprze te całe "tru" i słucham tego czego lubię, a że akurat większość moich ulubionych bandów pochodzi z tej ery, to bardzo mi przykro, ale żadnemu "tru" nic do tego.
Dziękuję za uwagę, dobranoc.
See Ya !
PS: Przepraszam za ewentualne błędy i za ogólne trucie dupy, ale musiałem to napisać, bo męczy mnie już ten temat od kilku ładnych miesięcy.
PS2: Jeśli nie zgadzasz się z moją opinią, to dokop mi w komentarzu.
PS3: Nie no żartowałem, żadnego PS3 nie będzie, bo idę spać. Dobranoc.
Zastanawiam się co jest miarą "prawdziwego" metala. Tzn. ostatnio zauważyłem tendencje "tru" metalowców do jechania każdej muzyki (Metalowej), która nie pochodzi z prehistorii i zamierzchłych lat "tru" Metallicy (zamierzchłych, bo jak wiadomo, "tru" wierzą, że Metalika się "sprzedała" po Kill'em All). Rozumiem, że nowy Metal, to nie Metal. Tak zdecydowanie zgadam się z "tru", bo przecież taki Behemoth gra Folk Hip-Hop, a taki Motorhead gra Disco-Polo. No zdecydowanie. Wiadoma sprawa. Wszystkie nowe (czyli nie "tru") zespoły to pedały, cioty i ciecie. No i jak tu się nie zgodzić z takimi tolerancyjnymi istotami jakimi są "tru".
A tak na serio, to cholera nawet nie wiecie jak mnie wkurwia, jak ktoś mi mówi, że coś czego słucham jest do bani, bo jest nowe. Tak jest nowe. Więc jak słuchać metalu to tylko tego starego ? Pieprze ten biznes, bo ten "stary" mnie nie kręci. Za chuja nie będę tego słuchał. Słucham tego co lubię i pierdole słuchać muzyki pod publikę tak jak te wszystkie zajarane 12-nasto latki, które słuchają Rycha Peji (czy jak to się tam piszę), bo tego słuchają wszyscy wokół, więc trzeba być cool i też tego słuchać. Jeśli spodoba mi Porn Metal (Tak, istnieje coś takiego jak Porn Metal), to będę słuchał pieprzonego Porn Metalu i żaden pieprzony "tru" nie będzie mi się wpierdalał z buciorami i mówił, że to jest blee, bo nie jest "tru". Oczywiście nie zamierzam słuchać Porn Metalu, bo akurat to jest lekkie przegięcie, ale jeśli ktoś to lubi, to proszę bardzo.
I to nie jest tak, że mam coś przeciw tym staroszkolnym zespołom. Wręcz przeciwnie, bo sam ich słucham. I choć nie jara mnie Kill'em All, to już te starsze krążki Motorhead'a bardzo lubię i często ich słucham. Ale nie mam też nic przeciw tym nowym zespołom, bo cholera świat idzie naprzód i ileż można jarać się latami, które już dawno minęły i nie wrócą. Bo jeśli ktoś sądzi, że ta, udręczona już w dzisiejszej notce, Metalika nagra jakiś fajny album, to raczej powinien przestać się okłamywać, bo oni nie wrócą już do czasów sprzed tysiąca lat. I nie wiem czy to sprawa ich poglądów czy tez ich portfeli, ale jednak nie wrócą, choćby wszyscy ich fani zaczęli robić salta do tyłu na ich koncertach.
Tak więc ja tam pieprze te całe "tru" i słucham tego czego lubię, a że akurat większość moich ulubionych bandów pochodzi z tej ery, to bardzo mi przykro, ale żadnemu "tru" nic do tego.
Dziękuję za uwagę, dobranoc.
See Ya !
PS: Przepraszam za ewentualne błędy i za ogólne trucie dupy, ale musiałem to napisać, bo męczy mnie już ten temat od kilku ładnych miesięcy.
PS2: Jeśli nie zgadzasz się z moją opinią, to dokop mi w komentarzu.
PS3: Nie no żartowałem, żadnego PS3 nie będzie, bo idę spać. Dobranoc.
Tagi:
Nobody
Uuu... Głowa mnie boli. Ale to nic. Jedziemy dalej.
Hmm... Nie było mnie tutaj już z miesiąc. Nie było mnie tutaj dlatego, że nie mam o czym pisać. Nie było mnie tutaj, bo nie chcę mi się pisać. Nie było mnie tutaj, bo za 3 dni idę do szkoły. Nie było mnie tutaj, bo niedługo czeka mnie bardzo ciekawy rok szkolny. Podobno najgorszy. Aj tam, chłopie czym ty się przejmujesz ? Nie wiem właśnie. Szkoła to tylko szkoła. I zawsze była tylko szkołą. Nieee... Nie zawsze... W gimnazjum była także miejscem spotkań, wybitnych spotkań z moimi jeszcze bardziej... Ekhem... Ekhem... "wybitnymi" kolegami. W ogóle gimnazjum było wybitne (Tym razem w dobrym tego słowa znaczeniu)... Ale nie o tym chcę pisać. O tym pisałem już wielokrotnie. Chcę raczej napisać, że niechęć do szkoły jest wprost proporcjonalna do ilości moich myśli o ludziach, których tam spotkam. God Damn It - Nie chcę ich spotkać. God Damn It - Nie mam nic do nich, ale God Damn It - Nigdy, ale to NIGDY do nich nie przywyknę. Nie pasuję tam... Oni mi nie pasują... Sam sobie tam nie pasuję... Ta szkoła mi tam nie pasuje i, w końcu, ta klasa mi tam nie pasuje. Chociaż... Jak tak patrzę na wpisy tych geniuszy z klasy niżej (Też informatycznej), to dziękuję bogu za tę moją klasę. Gdybym był w tamtej klasie, to w tym momencie zapewne leciałbym z mostu, a nie pisał tutaj. Mimo wszystko - z całego serca NIE tęsknie za szkoła, ale z całego serca tęsknie za wakacjami, mimo, iż one się jeszcze nie skończyły. Czerwcu nadchodź !
Trivium wydało nową płytę. W końcu jakiś MetalCore'owy krążek. W ciągu tych wakacji sam Metal sobie odpuściłem na rzecz Rock'a, co też zresztą wam pokazywałem wrzucając kawałki Rockowe właśnie. Trivium "naprostowało" mój gust muzyczny (przynajmniej na jakiś czas) ponownie na MetalCore, więc jeśli nie lubicie takiej muzyki, to radzę nie słuchać pierwszego utworu pod tą notką. Radziłbym przesłuchać sobie drugi kawałek, bo jest najlżejszą piosenką na tym krążku. Krótko mówiąc (jak dla mnie) - Ten album wymiata.
Ja pierdziele, nie mam o czym pisać i truję wam tyłek takimi głupotami. Wybaczcie ;)
See Ya !
Lepiej odstawać od społeczeństwa, niż być fajnym wraz z nim, tym samym zatracając siebie ...
Hmm... Nie było mnie tutaj już z miesiąc. Nie było mnie tutaj dlatego, że nie mam o czym pisać. Nie było mnie tutaj, bo nie chcę mi się pisać. Nie było mnie tutaj, bo za 3 dni idę do szkoły. Nie było mnie tutaj, bo niedługo czeka mnie bardzo ciekawy rok szkolny. Podobno najgorszy. Aj tam, chłopie czym ty się przejmujesz ? Nie wiem właśnie. Szkoła to tylko szkoła. I zawsze była tylko szkołą. Nieee... Nie zawsze... W gimnazjum była także miejscem spotkań, wybitnych spotkań z moimi jeszcze bardziej... Ekhem... Ekhem... "wybitnymi" kolegami. W ogóle gimnazjum było wybitne (Tym razem w dobrym tego słowa znaczeniu)... Ale nie o tym chcę pisać. O tym pisałem już wielokrotnie. Chcę raczej napisać, że niechęć do szkoły jest wprost proporcjonalna do ilości moich myśli o ludziach, których tam spotkam. God Damn It - Nie chcę ich spotkać. God Damn It - Nie mam nic do nich, ale God Damn It - Nigdy, ale to NIGDY do nich nie przywyknę. Nie pasuję tam... Oni mi nie pasują... Sam sobie tam nie pasuję... Ta szkoła mi tam nie pasuje i, w końcu, ta klasa mi tam nie pasuje. Chociaż... Jak tak patrzę na wpisy tych geniuszy z klasy niżej (Też informatycznej), to dziękuję bogu za tę moją klasę. Gdybym był w tamtej klasie, to w tym momencie zapewne leciałbym z mostu, a nie pisał tutaj. Mimo wszystko - z całego serca NIE tęsknie za szkoła, ale z całego serca tęsknie za wakacjami, mimo, iż one się jeszcze nie skończyły. Czerwcu nadchodź !
Trivium wydało nową płytę. W końcu jakiś MetalCore'owy krążek. W ciągu tych wakacji sam Metal sobie odpuściłem na rzecz Rock'a, co też zresztą wam pokazywałem wrzucając kawałki Rockowe właśnie. Trivium "naprostowało" mój gust muzyczny (przynajmniej na jakiś czas) ponownie na MetalCore, więc jeśli nie lubicie takiej muzyki, to radzę nie słuchać pierwszego utworu pod tą notką. Radziłbym przesłuchać sobie drugi kawałek, bo jest najlżejszą piosenką na tym krążku. Krótko mówiąc (jak dla mnie) - Ten album wymiata.
Ja pierdziele, nie mam o czym pisać i truję wam tyłek takimi głupotami. Wybaczcie ;)
See Ya !
Lepiej odstawać od społeczeństwa, niż być fajnym wraz z nim, tym samym zatracając siebie ...
Tagi:
Nobody
Potteromanii część następna. Po przeczytaniu Komnaty Tajemnic (Zacząłem od Czary by wrócić do Kamienia i Komnaty, tak, wiem, że to nielogiczne ;D) wyruszyłem do biblioteki by zdobyć Więźnia Azkabanu i (Jako że Czarę zaliczyłem) Zakon Feniksa i po wypożyczeniu tych książek zamurowało mnie. Po pierwsze Więzień Azkabanu wygląda IDENTYCZNIE jak wtedy kiedy ja wypożyczałem go w Podstawówce. Nic się nie zmienił. I doskonale pamiętam, że to ta sama książka, którą ja czytałem. Pamiętam tą podniszczoną przednią okładkę i brak strony 17 i 18.
Druga sprawa dotyczy Zakonu. Zobaczyłem datę kiedy książka ta została do tej Biblioteki wprowadzona (Dokładnie 16.X.2007.) i... Nie została jeszcze ani razu otworzona (!). Jest nowiutka. Niezniszczona, niepomalowana nieruszona wręcz. Strony są jeszcze... Hmm... Twarde (?). Wiecie o co mi chodzi ? Jak kupuję się książkę, to strony przerzuca się jakoś tak ciężko. Bardzo lubię to uczucie ale nie spodziewałem się odczuć tego po książce, która ma już prawie 4 lata i na dodatek jest własnością biblioteki. Wniosek ? Dzieciaki już nic nie czytają ? A może po prostu Potter odszedł do lamusa i wolą czytać Zmierzch ? A może po prostu Zakon odstrasza wielkością ? No wiecie, jednak 1000 stron to dla przeciętnego 10-sięcio czy 12-nasto latka ooogrooomna ilość ? A mnie się wydaję, że nie. Kiedy ja miałem 10 lat to przeczytałem tą książkę niejednokrotnie. I powiem więcej - dziękowałem pani Rowling za to, że jest ich tak dużo, bo w końcu mogłem się "naczytać". Księcia Półkrwi połknąłem od razu. Ba ! Nawet go kupiłem (Zresztą Insygnia Śmierci też). Więc co jest do cholery z tymi dzieciakami teraz ? Czemu telewizja zastąpiła książki ? Do jasnej ciasnej ja też miałem i telewizor i komputer a mimo wszystko wolałem rzucić to dla dobrej książki. Wolałem użyć wyobraźni niż ogłupiać się tą telewizyjna papką. Zresztą teraz też tak jest. Od 3 dni wieczorami wcale nie używam komputera, bo... Czytam. I co czytam ? Pottera. To się cholera nazywa magia. Nic innego na tym świecie nie potrafi tak bardzo bawić się naszymi uczuciami jak książki. Ach i jeszcze jedno; Teraz wszyscy mają bzika na punkcie iPodów czy iPadów, które mają wysłać książki do lamusa za pośrednictwem E-Booków. Mówcie co chcecie, ale żaden pieprzony E-Book nie zastąpi tego uczucia, kiedy wygodnie wyciągniesz się w fotelu z dobrą, jeszcze pachnącą świeżością, książką. E-Bookom mówię nie !
A tak z innej paki, to... Myszka mi się zepsuła ;O.
Po 4 latach intensywnego jej użytkowania, dwa dni temu po prostu odmówiła mi posłuszeństwa. Sądząc po wyglądzie obwodów wewnątrz po prostu się... spaliła. Wcale jej się nie dziwie. No cóż, na razie pożyczyłem sobie inną, ale już wiem, że na urodziny muszę sobie sprawić porządną myszkę. Może nawet i klawiaturę dokupię, bo coś czuję, że ta aktualna też już za długo nie pociągnie. Dobrze przynajmniej, że jeszcze na słuchawki nie narzekam (A one na mnie mam nadzieje), bo bez muzyki komputer mógłby już wcale nie istnieć ;)
Cholerka, to już 8 Sierpień. Ależ ten czas leci. Jeszcze trochę i będziemy na ostatniej prostej do Września. Wolę na razie o tym nie myśleć, chociaż... Teraz jest trochę inaczej niż przed rokiem, kiedy bałem się jak będzie wyglądać moja nowa klasa i w ogóle. Przez ten rok nauczyłem się, że nie jest wcale tak źle i września się już nie boję, choć też go nie wyczekuję jak to miało miejsce w gimnazjum. Teraz raczej jest mi to obojętne. Trochę mi brakuję tych czubków z klasy, ale jednak chyba wolę się lenić ile tylko mogę. A mogę już tylko 23 dni. Korzystajmy ile tylko można !
Przynajmniej mieliśmy trochę pogody ostatnio. A przynajmniej tutaj w Zachodnio-Pomorskim ostatnie dni były cholernie gorące. Cieszy mnie to ;)
No to chyba tyle na dzisiaj. Idę poodpowiadać wam na komentarze ;P
See Ya !
Druga sprawa dotyczy Zakonu. Zobaczyłem datę kiedy książka ta została do tej Biblioteki wprowadzona (Dokładnie 16.X.2007.) i... Nie została jeszcze ani razu otworzona (!). Jest nowiutka. Niezniszczona, niepomalowana nieruszona wręcz. Strony są jeszcze... Hmm... Twarde (?). Wiecie o co mi chodzi ? Jak kupuję się książkę, to strony przerzuca się jakoś tak ciężko. Bardzo lubię to uczucie ale nie spodziewałem się odczuć tego po książce, która ma już prawie 4 lata i na dodatek jest własnością biblioteki. Wniosek ? Dzieciaki już nic nie czytają ? A może po prostu Potter odszedł do lamusa i wolą czytać Zmierzch ? A może po prostu Zakon odstrasza wielkością ? No wiecie, jednak 1000 stron to dla przeciętnego 10-sięcio czy 12-nasto latka ooogrooomna ilość ? A mnie się wydaję, że nie. Kiedy ja miałem 10 lat to przeczytałem tą książkę niejednokrotnie. I powiem więcej - dziękowałem pani Rowling za to, że jest ich tak dużo, bo w końcu mogłem się "naczytać". Księcia Półkrwi połknąłem od razu. Ba ! Nawet go kupiłem (Zresztą Insygnia Śmierci też). Więc co jest do cholery z tymi dzieciakami teraz ? Czemu telewizja zastąpiła książki ? Do jasnej ciasnej ja też miałem i telewizor i komputer a mimo wszystko wolałem rzucić to dla dobrej książki. Wolałem użyć wyobraźni niż ogłupiać się tą telewizyjna papką. Zresztą teraz też tak jest. Od 3 dni wieczorami wcale nie używam komputera, bo... Czytam. I co czytam ? Pottera. To się cholera nazywa magia. Nic innego na tym świecie nie potrafi tak bardzo bawić się naszymi uczuciami jak książki. Ach i jeszcze jedno; Teraz wszyscy mają bzika na punkcie iPodów czy iPadów, które mają wysłać książki do lamusa za pośrednictwem E-Booków. Mówcie co chcecie, ale żaden pieprzony E-Book nie zastąpi tego uczucia, kiedy wygodnie wyciągniesz się w fotelu z dobrą, jeszcze pachnącą świeżością, książką. E-Bookom mówię nie !
A tak z innej paki, to... Myszka mi się zepsuła ;O.
Po 4 latach intensywnego jej użytkowania, dwa dni temu po prostu odmówiła mi posłuszeństwa. Sądząc po wyglądzie obwodów wewnątrz po prostu się... spaliła. Wcale jej się nie dziwie. No cóż, na razie pożyczyłem sobie inną, ale już wiem, że na urodziny muszę sobie sprawić porządną myszkę. Może nawet i klawiaturę dokupię, bo coś czuję, że ta aktualna też już za długo nie pociągnie. Dobrze przynajmniej, że jeszcze na słuchawki nie narzekam (A one na mnie mam nadzieje), bo bez muzyki komputer mógłby już wcale nie istnieć ;)
Cholerka, to już 8 Sierpień. Ależ ten czas leci. Jeszcze trochę i będziemy na ostatniej prostej do Września. Wolę na razie o tym nie myśleć, chociaż... Teraz jest trochę inaczej niż przed rokiem, kiedy bałem się jak będzie wyglądać moja nowa klasa i w ogóle. Przez ten rok nauczyłem się, że nie jest wcale tak źle i września się już nie boję, choć też go nie wyczekuję jak to miało miejsce w gimnazjum. Teraz raczej jest mi to obojętne. Trochę mi brakuję tych czubków z klasy, ale jednak chyba wolę się lenić ile tylko mogę. A mogę już tylko 23 dni. Korzystajmy ile tylko można !
Przynajmniej mieliśmy trochę pogody ostatnio. A przynajmniej tutaj w Zachodnio-Pomorskim ostatnie dni były cholernie gorące. Cieszy mnie to ;)
No to chyba tyle na dzisiaj. Idę poodpowiadać wam na komentarze ;P
See Ya !
Tagi:
Nobody
Czara Ognia zaliczona. Co prawda kilka dni temu, ale jakoś takoś nie było okazji napisać notki. W każdym bądź razie jak dla mnie jest to najlepsza część sagi o Tym-Którego-Imie-Można-Wymawiać, czyli młodym czarodzieju; Harrym Potterze. Wartka fabuła, kilka naprawdę ciekawych wątków (Których większość wyjaśnia się na końcu jak np. ten z Panem Crouch'em) no i oczywiście magia, którą posiada każdy tom J.K. Rowling. Teraz poluję na Zakon, ale wątpię, żebym szybko na niego natrafił, bo nie chcę mi się jechać do biblioteki.
Fajne jest to, że ja te książki wcześniej przeczytałem już ze 3 razy, ale mimo to czyta się je świetnie. Może to dlatego, że Czarę po raz ostatni czytałem jakieś 5 lat temu ? Nie wiem, możliwe. Wiem, że I Like It !
Jeśli chodzi o to, o czym pisałem w poprzedniej notce, to jest dobrze. Przestałem się przejmować. Jest co jest i albo to zaakceptujesz, albo się wykończysz. Nie zamierzam się wykańczać, więc w nosie mam to wszystko. I... Jest dobrze.
Dzisiaj spojrzałem na raporty internetowe i wiecie co odkryłem ? Że przez 3 miesiące siedziałem na komputerze 120 GODZIN. Ja pierdziele, źle ze mną. Ciekaw jestem rachunku za prąd. No cóż, nie moja wina, że to moja wina, nie ? Ach... Ciekawe jestem też najbliższej wizyty o okulisty. Coś czuję, że to będzie dojazd. Obstawiamy zakłady - Kto jest za tym, że stwierdzi fakt, iż za 2 lata będę całkowicie ślepy ręka do góry. Chyba dramatyzuję. Aż tak źle jeszcze ze mną chyba nie jest ;)
Nie mam weny. Nic się nie dzieje. Może to i lepiej ;)
See Ya !
Fajne jest to, że ja te książki wcześniej przeczytałem już ze 3 razy, ale mimo to czyta się je świetnie. Może to dlatego, że Czarę po raz ostatni czytałem jakieś 5 lat temu ? Nie wiem, możliwe. Wiem, że I Like It !
Jeśli chodzi o to, o czym pisałem w poprzedniej notce, to jest dobrze. Przestałem się przejmować. Jest co jest i albo to zaakceptujesz, albo się wykończysz. Nie zamierzam się wykańczać, więc w nosie mam to wszystko. I... Jest dobrze.
Dzisiaj spojrzałem na raporty internetowe i wiecie co odkryłem ? Że przez 3 miesiące siedziałem na komputerze 120 GODZIN. Ja pierdziele, źle ze mną. Ciekaw jestem rachunku za prąd. No cóż, nie moja wina, że to moja wina, nie ? Ach... Ciekawe jestem też najbliższej wizyty o okulisty. Coś czuję, że to będzie dojazd. Obstawiamy zakłady - Kto jest za tym, że stwierdzi fakt, iż za 2 lata będę całkowicie ślepy ręka do góry. Chyba dramatyzuję. Aż tak źle jeszcze ze mną chyba nie jest ;)
Nie mam weny. Nic się nie dzieje. Może to i lepiej ;)
See Ya !
Tagi:
Nobody


